dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3329331 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: "Kazimierz Olender, "Zapamiętane z dzieciństwa". Sanok 2000, Agencja Wydawnicza "Drukiem".]


Również w Zbąszynku powstał komitet, który się nami zaopiekował. Na ogródkach koło stacji stało dużo baraków, które przyjezdni zaczęli zajmować. Jeden dostał się także nam. Był nieduży, ale miał w środku okrągły piecyk z rurą na zewnątrz. Kiedy tato rozpalił w piecyku, od razu zrobiło się ciepło i przytulnie. Mama nagrzała nam wody i mogliśmy się umyć, choć nie było mydła. Do snu ułożyliśmy się na rozścielonej słomie. Wreszcie, po raz pierwszy od kilku tygodni, rozebraliśmy się do spania. Po ciepłym posiłku zasnęliśmy kamiennym snem. Następnego dnia już o poranku zrobiło się bardzo gwarno. Część ludzi poszła zajmować poniemieckie gospodarstwa. Najbliżej było do Kosieczyna i Chlastawy. Najprędzej odeszli ci, którzy mieli mało bagaży. Co chwila oddalała się kolejna grupka. My czekaliśmy nie wiadomo na co. Wujek Feliks poszedł z kimś do Chlastawy i po pewnym czasie wrócił po całą rodzinę. Znalazł nowy dom. My z dobytkiem i krową wciąż czekaliśmy na peronie. Ludzi było już coraz mniej. Po repatriantów i ich dobytek zaczęły przyjeżdżać furmanki, które od razu ktoś zamawiał, nie pytając nawet dokąd będą ich wiozły.

Pamiętam, że było to ciepłe przedpołudnie, drzewa zieleniły się, a skowronki śpiewały, jakby nie wiedziały, że wojna się jeszcze nie skończyła. Na peronie zostało 8 rodzin. W pewnym momencie wjechały dwie drabiniaste furmanki. Naszą powozili sołtys Janek Mierzyński i komendant milicji Franciszek Żywicki. Obaj byli w cywilnych ubraniach, na rękawie mieli nasunięte biało-czerwone opaski. Byli uzbrojeni w karabiny. Tato zapytał, dokąd nas wiozą. Mierzyński odpowiedział, że miejscowość nazywa się po niemiecku Brausendorf, a po polsku Brudzewko. Leży w odległości około 10 km. Ziemia jest tu dobra, pszenno-buraczana.

Załadowaliśmy się pierwsi, ze względu na kufer i skrzynię. Potem swój dobytek na wozie ulokowali jeszcze: Józef Bil, Maria Półtorak - Masztalirka, Anna Wojtyna, Maria Naróg z synem Władziem, który po paru miesiącach zmarł na gruźlicę w wieku 17 lat. Na furmance, obok kilku kobiet z małymi dziećmi, usadowiła się też Gienia, która już przeszła chorobę, ale była jeszcze osłabiona.

Przejeżdżając przez Kosieczyn widzieliśmy ludzi, którzy z rozradowanymi minami siedzieli na ławkach przed domami i grzali się w słońcu. 4 km od Kosieczyna znajdowała się, równie ładna jak Kosieczyn, wieś Kręsko. Spotkaliśmy tam ludzi z Trościańca. Stamtąd skierowaliśmy się do Koźminka, gdzie też byli nasi. Było ok. 16.00, gdy dojeżdżaliśmy do Brudzewka. Z Kreska droga była pozioma aż do lasu. Po drodze, po lewej stronie, natrafiliśmy na majątek "Szofereja", skąd do naszego nowego domu było jeszcze 2 km. Tacie podobał się ten teren i ziemia, która była obsiana tylko oziminą, bo większość niemieckich gospodarzy uciekła przed Rosjanami w styczniu 1945. Gdy dotarliśmy do wzniesienia, wioskę było widać jak na dłoni. Po prawej stronie zauważyliśmy duży majątek, który zawłaszczyli Sowieci. W oborach było pełno krów biało-czamej rasy. Nad całą wsią górował wiatrak zbudowany na wzniesieniu.

Zaczęliśmy wyładunek. Każdy wybrał ten dom, przy którym wysiadł, myśląc, że to tylko przejściowe przesiedlenie. My wysiedliśmy przy domu, którego brama była otwarta na oścież. Wyładunek trwał około minuty. Zaczęliśmy się rozglądać. Dom i zabudowania były ładne, z czerwonej cegły, do czego nie byliśmy przyzwyczajeni. Czuliśmy się trochę dziwnie. Po sąsiedzku, przez drogę, mieszkali Niemcy i cały czas obserwowali nas zza płotu. Tato szybko rozejrzał się po gospodarstwie i zarządził, że tej nocy będziemy spali w pokoju na górze. Stał tam przenośny kaflowy piec. Okazało się, że drzewa i węgla jest pod dostatkiem. Trzeba było posprzątać, bo wszędzie panował bałagan. Potem zjedliśmy coś ciepłego, umyliśmy się znów bez mydła i zasnęliśmy na podłodze wyściełanej słomą. Nocą usłyszeliśmy wystrzały, ale nie przejęliśmy się tym. Wiedzieliśmy, że strzegą nas milicjanci warszawiacy, pilnujący też, już sowieckiego, bydła.

Następnego dnia mama postanowiła zrobić porządek z włosami Gieni, które nie myte i nie czesane przez 4 tygodnie, zupełnie się sfilcowały. Mama załamała się, że trzeba je będzie obciąć. Wtem do pokoju weszła Niemka mieszkająca przez drogę. Umiała trochę mówić po polsku. Pamiętam, że była wysoka, przystojna, o czarnych włosach. Przyszło z nią dwoje małych dzieci. Mama zapytała się jej, co ma zrobić z tymi włosami. Sama nie widziała innego wyjścia, jak tylko obciąć. Niemka odradziła i powiedziała, że zaraz je rozczesze. Poszła do swego domu i wróciła z różnymi grzebykami. Rozczesała włosy. Mama nie wiedziała, jak jej dziękować. Kiedy zaczęły rozmawiać, sąsiadka przyznała, że milicjanci z Warszawy straszyli ich, że jak przyjdą Polacy zza Buga, to dopiero pokażą. Wyznała, że trochę się nas bali i dlatego tak obserwowali. Mama zapewniła ją, że w życiu nikogo nie skrzywdziliśmy. Wtedy widzieliśmy Niemkę po raz ostatni. Nie wiedzieliśmy, kiedy wyjechała.

Kilka dni później, chyba koło 3 maja, ludzie zaczęli masowo chorować. Prawie w każdym domu był ktoś z gorączką. W naszej rodzinie, prawie jednocześnie zaniemogli: mama, Zosia, ja, Jasio i Frania. Tatę choroba ominęła, a Gienia była już uodporniona. Cała nasza piątka leżała w łóżkach trawiona wysoką gorączką. Sołtys Mierzyński postanowił zawieźć nas do szpitala w Zbąszynku. Tam postawiono krótką diagnozę - tyfus. Po kilku dniach dowiedzieliśmy się o pierwszych żniwach, jakie choroba zgarnęła wśród starszych osób. Umarła Zofia Wodecka, Kuba Buczny i wielu innych. Pamiętam, że chyba dwa razy dziennie dawali nam kaszę. Prawie zawsze była przypalona i nie chcieliśmy jej jeść. Głowy ogolono nam na zero, ubrano w pasiaste piżamy. Wyglądaliśmy jak więźniowie z Oświęcimia. Nasze własne ubrania dokładnie odparowano i wrzucono do baraku. W jednej sali leżało nas czworo: ja, brat Jasio i Franio Bil z ojcem. Każdego ranka przychodził do nas ksiądz. Po tygodniu gorączka nam spadła i czuliśmy się już lepiej. Chodziliśmy z Jasiem do sali, w której leżała mama z naszymi siostrami. Kiedy sama poczuła się lepiej, również nas odwiedzała.

****
KONIEC CZĘŚCI DWUDZIESTEJ DRUGIEJ




poprzednia
część

 

 

Kazimierz Olender:
Zapamiętane z dzieciństwa

 

 

następna
część




 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2018