dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3429902 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Henryk Śliwa:

Niedziela na wsi.

Przygotowania do niedzieli rozpoczynano już w sobotę. W tym dniu należało wykonać wszystkie prace, te, które trzeba by było wykonywać w niedzielę. Nikt się nie odważył pracować fizycznie w niedzielę, może za wyjątkiem żniw, kiedy była niepewna pogoda. W niedzielę nawet bydła nie wypasano na polach czy miedzach.

Dlatego już w sobotę przynoszono trawę, rwaną lub ścinaną ręcznie sierpem na miedzach do plandek - weret. Przyniesiona do stodoły trawa była cięta z domieszką słomy owsianej, pszennej na sieczkarni. Dla trzody i drobiu gotowało się kartofle - baraboje. Po ugotowaniu dodawało się grysu - otrąb i siekało się je taką pionową "esowatą" motyką (1) a dla kaczek dodawało się młodą pokrzywę. Porządkowało się całe obejście, to jest - zamiatało się podwórze, drogę, porządkowano wokół zagród.

Należy zaznaczyć, że w pracach tych uczestniczyli wszyscy domownicy. Również dzieci miały swoje zadania. Strawę dla siebie też przygotowywano dzień wcześniej. Były to najczęściej pierogi gotowane (bo były i pieczone) z ziemniakami i serem kwaśnym, czasami z kapustą. Dodatek - omasta - to smażona cebula, rzadko skwarki (okres okupacji) lub śmietana.

Wcześniej też gromadzono węgiel drzewny potrzebny do żelazek do prasowania. Niepotrzebny już żar w piecu chlebowym lub palenisku kuchennym zbierano do starego, często pękniętego glinianego garnka - ładuszczaka - i tam był magazynowany.

Niedzielny poranek rozpoczynał się dość wcześnie. Nas, jeszcze wtenczas dzieci (ja miałem 8 lat) budził śpiew babci i dziadka. Śpiewali godzinki. Dziadek krzątał się po obejściu, babcia z córkami - moimi ciotkami - w domu. Był to taki rodzaj modlitewnego witania niedzielnego poranka. W dzień powszedni nie śpiewano. Wczesne rozpoczynanie dnia było podyktowane wieloma czynnościami do wykonania, przed wyjściem z domu do kościoła.

Najpierw były prace przy zwierzynie - i tym zajmowali się mężczyźni. Dzieci i kobiety - sprzątaniem i przygotowywaniem do kościoła. Dziewczynki miały prawie każda długie włosy i zapleciony warkocz. Toteż toaletę rozpoczynały od mycia włosów. Myły je w miednicy. Czynność ta była dość uciążliwą w domu, bo rozlewało się duży wody wokół. Wiec latem wynosiło się miednicę na podwórze, a było ono w większości trawiaste - i tam myli sie wtenczas wszyscy. Dziadek to mył się do pasa tak zamaszyście i nabierał dużo wody do rąk, że pod koniec mycia zostawało niewiele wody w miednicy. Płukanie włosów po mydełku (pachnącym) było konieczne, bo szamponu jeszcze nie znano. Do tego celu używało się rozcieńczonego wodą octu. Włosy były przejrzyste i lśniące, ale zapach niezbyt przyjemny zostawał - jednak nikomu to nie przeszkadzało. W warkocz wplątywano kolorowe wstążki, dodawano błyszczące spinki.

Strojono się odświętnie. Modne przy tym były plisowane spódniczki, granatowe, czarne - i biała z jedwabiu bluzka. Miejscem przechowywania odzieży była specjalna duża skrzynia z ozdobnymi okuciami. Wyjęte z niej ubrania wymagały prasowania. Stosowane żelazka były na węgiel drzewny (brak elektryfikacji). Wsypywało się w nie trochę rozpalonego żaru spod palącej się kuchni, dosypywało się trochę wcześniej przygotowanego węgla. Z tak przygotowanym żelazkiem trzymanym w jednym ręku, stawało się w rozkroku i machało raz w górę, raz w dół, raz w lewo, raz w prawo, aż węgle się rozżarzyły, a spód żelazka dotknięty poślinionym palcem syczał. Oznaczało to gotowość do prasowania. Po ostudzeniu czynność powtarzano.

Prasowanie to zajęcie należące do kobiet. I one prasowały tylko swoje rzeczy. Męską odzież rzadko się prasowało. Ludzie starsi ubierali się w bieliznę lnianą, tkaną przez miejscowych płócienników (jednym z nich był mój wujek Michał Dajczak). Krój był bardzo prosty i skromny. Koszula z kołnierzykiem stojącym bez haftów (takie same, tylko wyszywane wzorem krzyżykowym, nosili Ukraińcy). Spodnie i bluzę szyto też z tego materiału, był on koloru szaro-białego. W ubraniach takich, tylko bardziej znoszonych i przez częste pranie bardziej wybielonych, obowiązkowo ubierano się do prac żniwnych. Ponieważ żniwa były czymś wyjątkowym wśród innych prac polowych.

Kobiety nosiły na głowach chusty, też z białego płótna. Strój kościelny kobiet starszych to obowiązkowo biała chusta na głowie, głównie wiązana charakterystycznie pod brodą. Chusteczki noszono z kilku powodów. Przede wszystkim taka moda, inaczej nie wypadało. Także dla ochrony przed zimnem i słońcem. Jeszcze inny powód to to, że kobieta wiejska nie stosowała uczesania modelującego. Nosiły włosy proste zaplecione w warkocz. Młode mężatki i panny chodziły coraz częściej bez nakrycia głowy, używały przyrządów rozgrzewanych w palenisku kuchni do lokowania włosów, obcinały też warkocze. Starały się upodobnić do mieszczanek. Nie używały kosmetyków i nie malowały twarzy. Ubierały się w suknie kolorowe, jedwabne, nosiły też kostiumy. Kawalerowie - młodzi mężczyźni - ubierali białe koszule i ciemne spodnie. Nie noszono krawatów, rzadko - garnitury.

Z Bzowicy chodziło się do kościoła do Olejowa. Przez las drogą polną, ścieżkami przez pola na skróty. W okresie letnim w czasie suszy drogi były pokryte biało-szarym pyłem, a w okresie niepogody klejącą się gliną. W kościele nie wypadało pokazać się w brudnych butach. Rada była jedna. Szło się na bosaka, a buty niosło w ręku, lub związane przewleczone przez ramię. Ubierano je dopiero przed kościołem. Nie wiem jak rozwiązywano problem mycia nóg.

Suma rozpoczynała się około godziny 10.00. Ale przychodzono dużo wcześniej, przeważnie starsi, i śpiewano różne pieśni. Większość wiernych szła do spowiedzi. Trzeba tutaj dodać, że do komunii świętej przystępowano na czczo, bez wyjątku, nawet dzieci. Przyjęte było już od dawna, że w kościele w pierwszych ławkach siadały dzieci i staruszkowie. Wchodząc do kościoła po prawej ręce siadały kobiety, po lewej mężczyźni. W ostatnich ławkach już było różnie. A pod chórem i na chórze gromadziła się kawalerka i panny. Przed wojną (to wiem z opowiadania babci) za balustradą miał swoją ławkę hrabia Wodzicki z rodziną, po lewej stronie ołtarza. Po przeciwnej siedzieli ludzie zamożni i tzw. poważani. W czasie wojny za balustradę nikt nie wchodził. Hrabiego Wodzickiego wywieziono na Sybir, inteligencja była uwięziona lub sie ukrywała. Wiernych w kościele było tak wielu, że się nie mieścili i część stała na dziedzińcu.

Organizacja kościelna była dość szeroko rozbudowana. Była grupa osób należąca do kółka różańcowego, do kółka chorążych, noszących baldachim, figurki. Brali oni udział i byli widoczni podczas procesji, co było wielkim zaszczytem. Dziewczynki już po komunii w białych strojach sypały kwiaty, chłopcy szli w szpalerze i nieśli zapalone świece. Dla każdego uczestnika tej procesji było to wielkie przeżycie.

Do wiernych ksiądz zawsze przemawiał z ambony. Msza była odprawiana w języku łacińskim. Ministranci musieli znać ministranturę też po łacinie. Do zbierania jałmużny był wyznaczony jeden ministrant i jeden ksiądz. Ministrant szedł parę kroków przed księdzem z zapaloną świecą, torował przejście i zapowiadał tym że za nim idzie duchowny z tacą.

Po mszy nie rozchodzono sie zaraz do domów. Ludzie zbierali się w grupy pod kościołem, dzwonnicą - i jeszcze długo rozmawiali. Przekazywali sobie różne wiadomości, nagromadzone w ciągu tygodnia. Brak prasy, radia, ciągła praca w gospodarstwie utrudniały przepływ informacji. Trzeba wyjaśnić, że do kościoła przychodzili ludzie z kilku pobliskich miejscowości. Każdy miał jakieś wieści, które przekazywał innym. Niemcy przegrywali wojnę, stawali się coraz okrutniejsi i bezwzględni. Zwerbowali Ukraińców do zwalczania ruchu oporu, jaki tworzyli Polacy. Wieści rozchodziły się od strony zbliżającego się frontu i z Wołynia. Tam właśnie bandy ukraińskie zaczęły pierwsze mordy na ludności cywilnej. Palono gospodarstwa, a nawet całe wsie. Te wiadomości przekazywali właśnie uciekinierzy z tych miejscowości wołyńskich. W tych rozmowach ludzie dowiadywali się jak stworzyć obronę, znaleźć sposób na schronienie i przeżycie. To wujek dostał od kogoś pod kościołem plan budowy schronu. W tajemnicy przed dziećmi, a przede wszystkim sąsiadami Ukraińcami, pod osłoną nocy kopali schron dla całej rodziny. W razie alarmu, bo była warta czuwająca nocą, mieliśmy opuścić dom i tam się ukryć.

Tak kończyła się suma. Ludzie wracali do domów zatroskani i smutni. Wygłodniali i spragnieni siadali za stołem do posiłku, jakim najczęściej w niedzielę były wyjęte z brajtrury ciepłe jeszcze pierogi. Jedzono je ze śmietaną, a na deser popijano mlekiem słodkim lub kwaśnym. Pod wieczór, po obrządku, jeszcze spotykali się sąsiedzi i radzili nad swym losem. W takim smutnym nastroju kończyły się wojenne niedziele.

Spisał po latach:
Henryk Śliwa
wnuk Jana Dajczaka Halaburdy z Bzowicy
Stargard Szczeciński, maj 2008 r.




Przypisy:
(1) Autor nie pamięta już po latach nazwy tego narzędzia. Ostrze było wygięte i z góry przypominało kształtem odwróconą literę "S". Może ktoś z Czytelników pamięta jego kresową nazwę i poda ją nam w komentarzach?
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Kazimierz dnia czerwiec 16 2008 19:57:59
Esowata motyka wspomniana w artykule-może to siekacz?
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2019