dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3430055 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: Łowiec. Rok XV. Nr 10. Lwów, dnia 1. Października 1892. Rubryka "Korespondencye". Zachowano oryginalną pisownię.]


Olejów we wrześniu 1892.

(Walka o kochankę).


Miesiąc sierpień gorący, upalny dobiegał do swej połowy. Z utęsknieniem wszystkie stworzenia wyglądały ranka, który im zdrowa i chłodna przynosi rosę. W taki poranek, który nastąpił po parnej nocy, wyszedłem przed wschodem słońca na pole, leżące opodal lasu, a zasiane hreczką, na którym to łanie już dnia poprzedniego widziałem kółko wydeptane w hreczce przez rozognione rogacze, goniące za łańkami. Chciałem się igrzyskom weselnym mych ulubionych stworzeń przypatrzyć.

Gdym stanął na miejscu, słońce ledwie z za góry trysło snopem tysiąca promieni, i kąpało je w kroplach rosy, która na każdem dojrzałem ziarnku gryki tworzyła dyament najczystszej wody, mieniąc się we wszystkich kolorach, tak, że przed ich blaskiem trzeba było mimowolnie oczy przymrużać. Czas był cichy, bo to już jesień, więc żaden ze śpiewaków się nie odzywał, muszki jeszcze spały, więc i brzęku owadów nie było, jeden tylko głos słychać było z lasu: bek rogacza, który albo swą kochankę do miłosnych igrzysk wzywał, lub rywala do walki.

Spoglądnąłem w kierunku głosu tego i ujrzałem głowę rogacza, wychodzącego z lasu. Rogi jego rysowały się ślicznie na tle wschodzącego słońca. Stanął na krańcu lasu, głowę wzniósł wysoko, a buta i odwaga dwa razy tak wielkim go robiły. Beknął dwa razy, a para mu z pyska wychodziła, łyżki i głowę w stronę lasu zwrócił. I niebawem z drugiego rogu lasu wyszła sarenka cieniutka, elegancka, z minką niewinną a jednak ciekawą; zoczyła rogacza, i w kilku zgrabnych skokach przeskoczyła drogę, dzielącą od łanu hreczki, na którem zabawa weselna miała się odbywać. Rogacz jeszcze raz cichym głosem beknął, głowę w dół schylił i w ślad za łańka pospieszył. Zaczęła się gonitwa po polu, gonitwa szalona w kółka, które za każdem obiegnięciem się zmniejszały, ona naprzód z głową wzniesiona, on z szyja wyciągnięta prawie po ziemi. Bieg ten był tak chyży, i w tak krótkich kręgach, że się zdawało, iż obie sarny pochyło biegną, i lada chwila która z nich się przewróci. Stałem dobrze ukryty w wąwozie drogi, i sarny zobaczyć mię nie mogły, zresztą nie starały się patrzeć ku mnie, tak były miłosna gonitwa rozognione i zaślepione. Z pod nóg ich wyskakiwały ziarnka hreczki i krople rosy i spadały deszczem w około. I już w tem miejscu, gdzie się gonitwa odbywała, w wysokiej hreczce wydeptana była ścieżka a sarny się goniły i to coraz zawzięciej...

Lecz wtem bek drugi, doniosły i groźny dał się słyszeć z lasu. Obie sarny przestały się naraz gonić, głowy i łyżki w stronę lasu zwróciły i nasłuchiwały. Beknięcie doniosłe powtórzyło się, łańka odskoczyła zgrabnie na bok, a rogacz stał jak wryty, iskry mu w oczach zabłysły.

Oba rogacze stały w znacznej odległości od siebie, grobowo becząc. Nowo przybyły rogacz, mierząc przez chwil parę odległość, dzieląca go od rywala, tupał noga o ziemię i beczał, posuwając się zwolna ku niemu z głowa spuszczone, gotowa do ataku. W tej chwili spogladnałem na łańkę: stała z głowa zwrócona ku obu rogaczom, co chwila ja spuszczała, skubiąc trawkę, lecz widocznie była zajęta i zaniepokojona, gdyż od czasu do czasu, strzygąc łyżkami, wzrok swój zwracała to ku jednemu, to ku drugiemu rogaczowi. Upłynęło pewnie pięć minut, nim rogacz przybyły zbliżył się w tej samej postawie do pierwszego, który także zaczął tupać noga, becząc cicho, lecz groźnie. Nareszcie, gdy już były od siebie tylko na dziesięć kroków oddalone, spuściły głowy, i przyklęknąwszy prawie, uderzyły na siebie. I co chwila potem odskakiwały i przyskakiwały do siebie, chcąc z boku przeciwnika ugodzić rogami, lecz zawsze się ich rogi spotkały, i to tak silnie, że doniosły łoskot od uderzenia wieńców słychać było. Czasem odskakiwały od siebie na pięć do sześciu kroków, chcąc widocznie jednym zamachem ugodzić rywala i powalić.

Będąc dobrze ukryty, a wiedząc, że ta walka długo jeszcze trwać będzie, aż się siły którego z walczących wyczerpią, skorzystałem z chwili i wzrok swój zwróciłem ku sarnie. Ona się już nie pasła, lecz widocznie zajęta przebiegiem walki, patrzyła na nią z wytężeniem, zwracając wzrok swój to ku jednemu, to ku drugiemu rogaczowi, tak jakby odgadnąć chciała, kto będzie zwycięzcą, który z rogaczy zasłużenie ją sobie wywalczy. Pewnie znowu z dziesięć do piętnastu minut upłynęło, jak słychać było łoskot uderzających się rogów, głośne prychanie i sapanie walczących. Para z nozdrzy buchała im, jak z miechów, walczyły zawzięcie, ale walka zdawała się być równa, nieprzechylająca się ani na jedna, ani na druga stronę.

Wtem jeden z walczących się potknął, rogi się nie zetknęły, i o mało co drugi rogacz potykającego się nie trafił w sama szyję. Ale ten to zmiarkował, obrócił na miejscu i zaczął uciekać! Zdawało mi się, że to koniec walki, że uciekający pobity i zwycięstwo odniesione, lecz się myliłem, bo to był tylko fortel wojenny. Uciekający rogacz, goniony przez drugiego, ubiegł ledwo kilka kroków, nagle obrócił się i odskoczywszy w bok, w jednem okamgnieniu uderzył goniącego pełnymi rogami w brzuch, tak, że uderzony zaraz się przechylił i upadł. Zwycięzca stał z głową dumnie wzniesiona , a ja na rogach jego krew zobaczyłem; aż po pierwsza odnogę miał rogi krwią zbroczone. Beknął, i z zadowoleniem spoglądał na swa ofiarę, lecz nie pastwił się więcej.

Skaleczony rogacz z trudnością powstał, i wolnym krokiem zdążał ku lasowi. Szedł z głowa spuszczona, a co chwila stawał i rany oblizywał. Widziałem dokładnie, jak z dwóch okrągłych ran broczył - nareszcie zniknął w zaroślach. Szukałem go potem, lecz nigdzie go napotkać nie mogłem, i nie wiem, czy się wyleczył, czy też zginął z ran w walce miłosnej otrzymanych.

Skierowałem teraz oczy na łańkę. Ona od chwili, gdy tylko walka na korzyść jednego z rogaczy się obróciła, odbiegła dalej na pole; nie miała już trudności w wyborze męża, bo pozostał tylko jeden z rogaczy, a ten ją sobie dzielnie wywalczył. Zwycięzca ku niej podążał, ale wolnym krokiem, widocznie był bardzo znużony, a choć pewny, że mu już kochanki nie odbiją, zawsze z niedowierzaniem obracał się ku lasowi. Łańka go ciągle wabiła do dalszej zabawy miłosnej, bo ciągle w kółko biegała koło niego w zgrabnych swych skokach, lecz on stał, patrząc z zadowoleniem na tę, która go tyle kosztowała trudów. Dopiero, gdy sobie odpoczął nieco, beknął donośnie i wesoło. Było to hasłem do dalszej gonitwy zgrabnej i szalonej, i nikt już im nie przeszkodził w miłosnej hulance.

Tak to te nasze, piękne zwierzęta walczą o swe towarzyszki życia; ten czy tamten będzie przez nią wybrany, byle ją sobie dzielnie wywalczył, byle był zwycięzcą na placu boju! Czemuż wyżej ukształcone istoty nie walczą tak o swe bogdanki? lleżby one to więcej uroku dla nich miały, gdyby krwią własną były zdobyte, znacznie więcej, niż wtedy, gdy od nich samych to przyzwolenie jako jałmużnę dostają, choć im ani na sile, ani na odwadze do walki nie zbywa. Czemuż tak jest, kiedy przyroda inaczej każe?...

Aleksander Wodzicki.





[źródło: Łowiec. Rok XVI. Nr 4. Lwów, dnia 1. Kwietnia 1893. Zachowano oryginalną pisownię.]


O żywieniu sarn w jesieni i zimie.


Ileż tu nieprzyjaciół ma płowa zwierzyna! Do zastępu kłusowników, wilków i lisów przyłącza się zastęp postępowych leśników, którzy kategorycznie twierdzą, że kultur lasowych porządnie prowadzić tam nie można, gdzie dużo płowej zwierzyny się znajduje. Ostatni artykuł w "Łowcu" nr. 8. r. b. wielce cenionego autora p. W. Spausty, wielką zrobił przykrość myśliwym. Znowu się sunąć będą podania do Namiestnictwa o pozwolenie wybijania kóz, gdyż one w kulturach tak wielkie szkody robią. A przecież stan sarn nie jest tak znaczny, nie powiększa się tak, jak się powiększać powinien, z powodu znacznych wrogów i nie wykonywania ustawy łowieckiej, w szczególności w tych powiatach, w których naczelnik nie jest myśliwym.

Na ten artykuł chcę odpowiedzieć kilku słowami.

Największą szkodę w kulturach robią w istocie sarny, bo się ich znajduje największa ilość w lasach, w których kultura objęła swe panowanie. Robią szkodę, tego zaprzeczyć nie można, ale robią dlatego, że sami leśnicy temu są winni, bo nie żywią sarn, a jeżeli je żywią, to błędnie, zadając im paszę taką, że sarna ją przyjmuje chyba w ostatecznym głodzie. Takiem żywieniem sarn nie uchronią postępowi leśnicy swych kultur od szkody. Sarnę trzeba żywić nie tem, co ona jeść może, lecz tem, czem ona żywić się lubi. Widziałem dużo rewirów, w których stały szopki liczne i koszyki pełne żywności dla sarn, lecz zwierzyna jej nietylko nie ruszyła, ale nawet śladów jej koło szopek nie było. I jakaż była to żywność? Najczęściej kwaśne siano lub grochowianka omłócona, często stęchła, zawilgła i mokra. Tem sarna żywić się nie będzie, chyba w ostatniej godzinie głodu, gdy śniegi na metr ziemię okryją, i kiedy do żadnej rośliny dobyć się nie będzie mogła. Przy zadawaniu takiej paszy nie dziwię się, że sarny szkodę czynić będą po kulturach, i że wyłącznie żywić się muszą młodszemi pędami sadzonek po zrębach.

Mówiłem powyżej, że sarnę żywić potrzeba tak, aby miała na pożywienie to, co lubi, a trzeba wiedzieć, że sarna o każdej porze roku co innego przyjmuje na pokarm.

O letniem żywieniu sarn nie będę się rozwodził, bo w lecie ma sarna tak dużo rozmaitych roślin po zrębach i liniach, że sobie wybiera najsmaczniejsze, które jej za ulubiony pokarm i za lekarstwa służą. Lecz już od połowy października a nawet wcześniej, kiedy wegetacya w lasach i liniach ustaje, kiedy przestarzałe i na pół zeschłe rośliny już jej nie smakują, trzeba żywić sarnę sztucznie, bo inaczej już w jesieni znaczne szkody robić będzie w kulturach. Już w tym miesiącu i tak długo, póki silniejsze mrozy nie nastaną, sarna najlepiej lubi się paść na białej koniczynie, zastępuje ją sobie także czerwoną, jednak pierwszą przekłada nad drugą. Koniczynę tak zwaną ściernicę woli bez kwestyi aniżeli dwuletnią. Dlatego chcąc, aby sarny już z początkiem jesieni miały swą ulubioną paszę, trzeba pod lasem lub na łączkach wśród niego, gdy jest głęboki, siać białą koniczynę w jęczmieniu, jęczmień w żniwa skosić i zebrać na ziarno, a na jesień zostanie sarnie jej ulubiony pokarm do pierwszego silniejszego mrozu. Lecz po pierwszym przymrozku, gdy listki koniczyny poczernieją, już nie zobaczysz ani jednej sarny na koniczynie, choć dnia poprzedniego z całego rewiru tam się schodziły stadami wieczorem i rano.

Trzeba więc już znowu pomyśleć o nowej karmie, którą by sarna lubiła. Po mrozie silniejszym sarna przenosi się na żyto i niem się żywi; lecz nie na każdem życie z równem zamiłowaniem sarny paść się będą. Żyto musi się siać nie bardzo wcześnie, ani też bardzo późno. Żyto zanadto wybujałe ma w sobie gorycz, której sarna, jak i każde zwierzę domowe, nie znosi. Żyta nie bardzo bujne gorycz swą po przymrozkach tracą zupełnie. Przed mrozami nigdy nie widziałem pasących się sarn na żytach. Żyto nie powinno być siane na bardzo przegniłym nawozie; najbardziej lubią się sarny paść na życie górskiem (montańskiem), które wcześniej dojrzewa, a siane na mierzwiastym nawozie, świeżo wywiezionym w pole przed siejbą, gdy nie jest bardzo bujne lecz dostatecznie ziemię okrywa. Żytu temu sarny szkody nie robią. Owszem, żyto wypasione przez sarny nie ulega wyprzeniu, a gdy listki czyli wstążki sarny obgryza, pleśń się na nich nie utrzyma. W razie spadnięcia śniegu na niezamarzniętą ziemię, tem pożądańsze jest paszenie się sarn, gdyż ziemia stratowana racicami sarn, nie leży przez całą zimę niezamarznięta, i żyto na niej nie przeje, jak to się często zdarza na łanach pod lasami położonych.

Na pszenicę zasianą pod lasem, sarny tylko z konieczności wychodzą, gdy żyta w pobliskości nie ma. Na tych to żytach pasa się sarny, póki śnieg zbóż nie zakryje tak, że się one do oziminy dogrzebać nie mogą. Wtenczas to przechodzą na rzepak, zasiany w pobliżu lasu.

Rzepak dla sarn musi być zasiany na bujnym gruncie i bardzo wcześnie, aby duże liście posiadał, musi być wybujały, aby go śnieg tak prędko nie przykrył. Rzepak taki powinien być już siany w drugiej połowie lipca, aby się mógł dość rozkrzewić. Gdy jesień jest mokra, liście rzepaku nasycone wodą i wilgocią, często sprawiają u sarn dyaryę czyli biegunkę. Temu musi tak chodowca(*) zwierzyny jak leśnik zaradzić, bo pierwszy może stracić wiele młodych sarn, drugiemu zaś zjedzą kultury dębowe do szczętu. Na to mamy kilka środków, bardzo tanich, które usuwają w zupełności grożące klęski kulturom i zdrowiu sarn. Kiedy widzimy, że sarny zbyt często po rzepakach się pasą, musimy już zadawać po tryzubach w lesie snopy nieomłóconej wyki, a w korytkach żołędż, w razie zaś niezrodzenia tejże, dzikie kasztany. Żołędź i kasztany najlepiej po wyzbieraniu zadołować, aby nie stęchły i nie zmarzły i częściowo zadawać. Żołędż daje się w korytkach pod tryzubami u całości, dzikie zaś kasztany najlepiej na dwie części przekroić lub grubo posiekać. Wyka, dzikie kasztany i żołędż służą sarnie jako lekarstwo przeciw motylicy. Leśnik, który tak będzie żywił sarny przez jesień, może być pewnym, że kultury swe ochroni od obgryzienia przed zimą, a zyska przez to jeszcze, że silne i zdrowe okazy sarn do walki na zimę przygotuje.

Przystępuję teraz do żywienia sarn przez zimę, kiedy się one już do żadnej rośliny dogrzebać nie potrafią. Najtańszą karmą przez zimę dla sarn jest koniczyna czerwona, pięknie zebrana. Nie każdą jednak koniczynę z równym smakiem jeść będą samy. Koniczyna na tę paszę przeznaczona powinna być już wtedy skoszona, gdy mniejsza część pączków się rozkwitnie, powinna pochodzić z pola nie bardzo bujnego, aby grubych łodyg nie miała a jak najwięcej liścia. Koniczynę taką zbiera się nieco surową w kopiczki, aby się w nich trochę zaparzyła. gdyż w ten sposób uratujemy listki od obsunięcia się. Koniczyna powinna być po wyschnięciu dokładnem w polu w porcye związana, aby nie zatęchła; w suchem miejscu złożona, ale nie na strychu stajennem, gdyż przejdzie amoniakiem wydobywającym się z nawozu. Źle zebraną paszę dla sarn, stęchłą i złożoną długi czas na strychu stajennym, sarna nie przyjmie. Składać w stertę przeznaczoną koniczynę dla sarn, nie radzę, gdyż przez składanie jej i rąbanie lub mykanie ze sterty, dużo bardzo liścia się obsunie i zostaną same łodygi, których sarna nie je. Sarny lubią jeszcze bardziej koniczynę z drugiego pokosu tak zwana otawę, która o wiele więcej liścia posiada, a mniej twarde łodygi. Koniczyna na ten użytek przeznaczona powinna być siana bez przymieszki tymotki i innych traw, jedynie z białą koniczyną może być siana. Tę ostatnię lubią sarny bardzo, gdy jest dobrze bez deszczu zebraną.

Żywienie sarn owsem w snopach przez zimę uważam za bardzo drogie, a często go sarny nie przyjmują na karmę, i tylko sojki i wrony z niego korzystają. Dla zdrowia potrzeba również od czasu do czasu zadawać po porcyi wyki w tryzubach, oraz żołędź i kasztany w korytkach. Oprócz tej sztucznej karmy trzeba koniecznie sporadycznie tu i ówdzie spuścić kilka osik i dębów, gdyż sarna nie tylko lubi od czasu do czasu kilka pąków z drzew obgryźć, lecz także wysoko ceni mech rosnący po drzewach. Pęki z drzew zrąbanych służą sarnie również jako leki i odbierają jej chęć do szukania tychże po zrębach i robienia szkód po kulturach.

Na wiosnę, gdy śniegi znikną, sarna trzyma się wiernie tego systemu przyjmywania paszy co w jesieni: zaczyna od rzepaku, a kończy na koniczynie, póki się rośliny leśne nie rozwiną. Na wiosnę paszy w tryzubach sarna już nie przyjmuje, oprócz wyki i żołędzi, z wyki jednak ziarna już tylko wybiera zostawiając słomę. Strączki bobu, a właściwie tylko ziarna, wyłuszcza bardzo chętnie.

Wypominają jeszcze leśnicy rogaczom, że uszkadzają sadzonki kilkoletnie i kilkunastoletnie przez obcieranie rogów o korę młodych drzewek. Jest na to sposób, aby temu zaradzić. Wiadomo leśnikom wszystkim i myśliwym, że rogacz obciera mech z rogów tylko na wiosnę i na wolnych miejscach, gdzie gąszczy nie ma, najczęściej na liniach i wolnych od zarośli łączkach; tam to uszkadza drzewka młode obsuwając z nich korę przy tej operacyi. Wybiera zawsze drzewka twarde nie mające gałęzi u pnia nisko. Trzeba więc po liniach i halawach, na które rogacze często wychodzą, wbijać w ziemię drążki na półtora metra wysokie z dzikiej gruszki i jabłoni młodej, których kora pokryta jest ostremi sęczkami. Rogacz, spotkawszy taki pal, którego powierzchnia jest chropowata, z pewnością o niego wycierać będzie rogi, których swędzeniu daleko lepiej ulgę będą robić sęczki, aniżeli kora ze świerka lub modrzewia.

Więc panowie leśnicy, nie narzekajcie na nasze sarny, te ruchliwe sylwanki, bez których las, choćby najpiękniej prowadzony i kulturowany, martwym się wydaje; ono mu nigdy szkody czynić nie będą, jeżeli im podacie zdrową karmę, jaką one lubią, którą możecie tak tanim kosztem opędzić. Wszak na ogrodach i polach przy lesie położonych, jeżeli zasiejecie koniczynę, będziecie mieć paszę dla waszego bydła, a żyto zasiane wam się opłaci także, bo i tak zwykle je siejecie, a tych kilka snopów wyki i kilka porcyi koniczyny, która sarnom się da w porze zimowej, wielkiej ujmy nie uczyni kasie lasowej. Pewnie to taniej wypadnie, niż coroczne nadsadzanie zjedzonych sadzonek po zrębach lub smarowanie tychże olejem skalnym lub mazią. Sarny w ten sposób żywione, szkody po lasach czynić nie będą, tylko dochód sobą przyniosą i przyjemność, bo przypuszczam, że jeszcze leśników nie myśliwych jest bardzo u nas mało, bo leśnik nie myśliwy, leśnikiem zwać się nie powinien.

Aleksander Wodzicki.


(*) tak w oryginale



 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2019