dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3327090 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 

Wyrywanie zęba przy pomocy drzwi


"Zęby wyrywało się w owym czasie sposobem domowym wprawdzie, lecz niezawodnym; owijało się ząb nicią, a drugi jej koniec uwiązywało do klamki u drzwi; przyjaciel otwierał nagle drzwi, a drzwi wyrywały ci ząb. Teraz wymyślono jakichś dentystów!" [Kornel Makuszyński: "Bezgrzeszne lata". Rozdział ósmy: "Miłość i sprzysiężenie". Wydanie VI. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980.]

Opiszę tu poniżej wyrywanie zębów "na sposób olejowski". Jako dziecko byłem tego naocznym świadkiem w domu moich dziadków w Stargardzie. Dość traumatyczne przeżycie - i pewnie dlatego przechowało się w mojej pamięci do dzisiaj, podczas gdy wiele innych wspomnień z dzieciństwa wyblakło i uleciało. Uprzedzam tylko, że opis jest trochę drastyczny.

Arystokratyczne rody miały swoje Białe (czy innobarwne) Damy. Gdy się taka zjawa ukazywała żywym, zwiastowało to jakieś nieszczęście. Ktoś z rodziny umierał. U naszych niezamożnych przodków na Kresach podobną rolę "posłańca śmierci" pełnił lekarz domowy. Pojawiał się w ich wiejskich chatach zwykle tuż przed zgonem kogoś z domowników.

Bo nasi przodkowie leczyli się sami. Na prostsze dolegliwości miewali swoje domowe sposoby, zapewne praktykowane od wieków. Przy bardziej skomplikowanych przypadkach udawali się do znachorów, jak na przykład mieszkających w Milnie Krąpców. Pomoc niosły im też Siostry Miłosierdzia z Załoziec. Lekarza wzywano dopiero w ostateczności, gdy inne sposoby zawiodły - więc często przy beznadziejnym stanie chorego. Powodem był nie tylko brak pieniędzy. Ważniejsza była przyczyna natury psychologicznej: graniczący z zabobonem lęk przed lekarzami. Wspominał o tym doktor Stanisław Spittal w swojej książce.

Ten lęk przenosił się także na dentystów. Ludzie ze starszego pokolenia (urodzeni w XIX wieku) woleli cierpieć, niż oddać się w ręce tych strasznych ludzi w białych kitlach. A gdy już ból stawał nie do zniesienia i nie pomagały domowe sposoby (np. napary z różnych ziół - jak szałwi), trzeba było się rozstać z takim zębem.

Potrzebne były mocne, ciężkie drzwi, z litego drewna. Te z powojennych bloków, wykonane z dykty i puste w środku do tego celu się nie nadawały. Drugim elementem była mocna, szewska dratwa. Było to coś pośredniego między bardzo grubą nicią, a bardzo cienkim sznurkiem. Trzecim niezbędnym rekwizytem był jakiś ciężki, dobrze ustabilizowany mebel, którego mocno trzymał się pacjent, a raczej ofiara tej operacji.

W naszym poniemieckim domu w Stargardzie wszystkie drzwi otwierały się do środka. Więc odwrotnie niż w cytowanych powyżej wspomnieniach Kornela Makuszyńskiego, drugi uczestnik "operacji" musiał drzwi zamykać, a nie otwierać. Trzeba było tymi drzwiami mocno "łopnąć". Siła ludzkich rąk rozpędzała masę drzwi, a zawiasy nadawały odpowiedni kierunek. Lepiej (w bardziej fachowych terminach) nie potrafię Wam tego wytłumaczyć, byłem zawsze słaby z fizyki. Ale na pewno rozumiecie zasady.

"Pacjentką" była moja prababcia, urodzona w Olejowie Katarzyna Krzywa z domu Juźwin. Nie pamiętam dokładnie roku, ale miała wtedy już powyżej 80 lat. Ząb dokuczał jej od kilku dni, przypominam sobie opuchliznę i obwiązywanie twarzy chustką. Córki przynosiły jej jakieś napary z ziół, ale nic nie pomogło. I podjęła decyzję o wyrwaniu.

Pamiętam, jak siedziała przy stole, przed dziadkowym lustrem do golenia. Najpierw zrobiła na dratwie pętlę, potem z namaszczeniem umieszczała ją na chorym zębiszczu. Dość długo to trwało, bo prababcia wciąż coś poprawiała. Posykiwała też trochę z bólu. Wreszcie - gotowe. Z dratwą zwisającą z ust przeniosła się na kanapę. Teraz do akcji wkroczył mój dziadek. Przymocowywał drugi koniec dratwy do klamki. Naradzali się przy tym, jaka długość. Przy okazji z kuchni przyszła moja babcia. Wsadziła głowę przez drzwi i komentowała. W końcu tak umocowali dratwę, że lekko zwisała.

Dziadek Michał Dajczak (zięć prababci) miał bardzo nieszczęśliwą minę i było widać, że nie chce brać udziału w tej operacji. Z kolei moja babcia Ludwika (córka prababci) bardzo się do tego paliła, nawet już łapała za drzwi. Ale prababcia na nią nakrzyczała "Idź stąd!" i chciała wstawać z kanapy. Babcię wyproszono. Musiał biedny Michał te drzwi zamykać. Prababcia mocno chwyciła się rękoma mebla. Dziadek w końcu trzasnął drzwiami. Rozległ się krzyk "O Jezuuuu...". Prababcia trzymała się za twarz i jęczała. Po brodzie strumyczkiem ciekła jej krew. Bardzo się tego wystraszyłem. Wcześniej te zabiegi dentystyczne wydawały mi się zabawne, ale w tym momencie już nie miałem chęci tego oglądać.

A ząb nadal tkwił na swoim miejscu. Pętla się jakoś ześlignęła, kalecząc dziasło. Trzeba było powtórzyć operację.

Krzyki znów przywabiły z kuchni moją babcię Ludwikę. Przygadywała, że "to trzeba było mocniej łopnąć tymi drzwiami" i że "sznurek był za długi". Znów oferowała swoją fachową pomoc. Skończyło się na tym, że obie panie się pokłóciły. Obrażona babcia wyniosła się do kuchni. A cała historia powtórzyła się od nowa. Prababcia Katarzyna przy stole mocowała pętle na chorym zębie (teraz jeszcze dłużej i staranniej). Potem usiadła na kanapie. Dziadek Michał znów przymocował dratwę do klamki. Wyraźnie miał już dosyć i tym razem lepiej się przyłożył. Mocniej "łopnął" tymi drzwiami. I ząb wyleciał. Ale krzyki prababci były jeszcze głośniejsze. I już nie strumyczek z ust, ale cała broda we krwi.

Dla kilkuletniego dziecka to było dość traumatyczne przeżycie. Na szczęście tylko raz w życiu było mi dane coś takiego oglądać.

Nie pamiętam już, jak tą ranę po zębie opatrywano. W każdym razie wieczorem prababcia lepiej się czuła i była zadowolona z pozbycia się delikwenta.

Ząb został umieszczony na honorowym miejscu, na oknie. Przychodziła go oglądać druga córka mojej prababci, Antonina, po mężu Wojciechowska. Potem gdzieś zniknął. Nie wiem, czy go po prostu wyrzucono do śmieci. Czy może zastosowano jakieś zabiegi "magiczne", typu zakopywanie do ziemi? Teraz, po lekturze pracy doktora Spittala podejrzewałbym raczej to drugie. Ale pewności nie mam.


Spisał:
Remigiusz Paduch
wnuk Michała Dajczaka Halaburdy z Olejowa
Stargard Szczeciński, maj 2012 r.




 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2018