dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3416798 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: materiał publikowany w dwóch odcinkach. Przegląd Kawaleryjski. Rok II. Nr 2 (6). Warszawa, kwiecień rok 1925. Nr 3 (7). Warszawa, czerwiec rok 1925. Zachowano oryginalną pisownię].

Ppłk. Szt. Gen. JERZY GROBICKI.
Bitwa konna pod Jarosławicami 21.VIII.1914 r.
(część 4)



Z powodu szybkiego posuwania się 10 D. K., zwiady bojowe nie miały czasu meldować o bezpośredniej bliskości nieprzyjaciela, a faktycznie dowódca dywizji, jadący sam na czele swoich trzech pułków, natknął się na nieprzyjacielską artylerję i stojącą tuż obok niej masę jazdy. Brak rozpoznania ze strony gen. Kellera, jest powodowany czem innem, niż u gen. Zaremby: jest on wynikiem zbyt szybkiego posuwania się i zbyt dużej chęci osobistej dowódcy dywizji zetknięcia się w boju wręcz z jazdą nieprzyjacielską.

Gen. Keller boi się poprostu, aby mu nieprzyjaciel nie uciekł i goni go w danej chwili całą dywizją bez głębszego zastanowienia. Mogło to mieć dla niego skutki fatalne, gdyby po stronie austrjackiej był inny, energiczny i przedsiębiorczy dowódca i więcej podkomendnych w rodzaju majora Vidalego.

Z powyższego jednak wynikało to, że dowódca dywizji w chwili zauważenia austrjackiej jazdy, której nie spodziewał się zastać tak blisko, nie mógł już powziąć innej decyzji, jak rozwinięcie pułków i poprowadzenie do natarcia czołowego, zaś w swojej ofensywnej intuicji, czując się moralnie silniejszym od przeciwnika, myślał tylko o jego rozbiciu, nie przewidując jakichś komplikacyj czy kontrakcji ze strony Austriaków. To też w myśl tego wyznaczył oddział skrzydłowy oskrzydlający (dwa szwadrony 10 p. h.), nie myśląc o wyznaczeniu osobnego odwodu, co przy szczupłej liczbie szarżujących szwadronów (10) było rzeczą dosyć niewygodną i ryzykowną ze względu na rozciągłość linji austrjackiej, która z jego stanowiska, widziana pod kątem, wydawała mu się dłuższą, niż była w rzeczywistości, i narażałaby jego pułki w razie uszczuplenia pierwszej linji na natychmiastowe oskrzydlenie. Być może, że powodowany właśnie tym względem, w błyskawicznej chwili decyzji, nie wydzielił osobnego odwodu, wyznaczając na jego miejsce oddział defenzywno-oskrzydlający od strony swego bardziej zagrożonego, lewego, skrzydła. Stały coprawda jeszcze w tyle, jako osłona artylerji, dwa szwadrony 10 p. h., lecz odległość ich była zbyt duża od bezpośredniego pola starcia się dwóch mas jazdy, aby mogły zdążyć na czas w chwili decydującej. nawet w razie, gdyby były usłyszały sygnał dowódcy dywizji, powołujący ich do pierwszej linji. Zasadniczo ich użycie, jako osłony artylerji, nie pozwalało im samodzielnie wziąć udziału w zbyt odległej akcji, chwilowo bezpośrednio artylerji nie zagrażającej. Jakie musiały być uczucia dowódcy 10 D. K. później w czasie boju, gdy cienka linja rosyjska zaczęła się chwiać i prysła, a silny oddział austrjacki, posuwając się na wschód, zaczął zagrażać tyłom dywizji - można sobie dobrze uprzytomnić. Najlepszym dowodem odczucia tego momentu jest decyzja, rzucająca, celem powstrzymania tego niebezpieczeństwa ostatnią rozporządzalną garstkę, t. j. osobisty konwój z ordynansami i łącznikami bojowymi, których męstwo wraz z intensywnie rozpoczętą w tej chwili działalnością artylerji nie dopuściło do wiszącej już w powietrzu porażki. Z jakąż ulgą musiał w tej chwili gen. Keller powitać drgnięcie austrjackich szeregów, spowodowane uderzeniem szwadronów 10 p. h.

W tej fazie bitwy jarosławickiej pozostaje jeszcze jedna rzecz do wyjaśnienia(1). Otóż szef sztabu 10 D. K. w swojej pracy o tym boju wspomina, że 4 D. K. była ugrupowana w trzy linje, z których pierwsza i druga wynosiła po 6 szwadronów, zaś trzecia - 3 do 4. Z poprzednich zestawień poczynionych z najbardziej pewnych i miarodajnych źródeł austrjackich, widzieliśmy, że nie było żadnego planowego ugrupowania, a więc nie mogło być mowy o jakiś trzech zwartych linjach w czasie szarży. Błąd ten ze strony szefa sztabu 10 D. K. polegał widać na złudzeniu optycznem, wywołanem przez ugrupowanie 15 p. dr., który wychodząc z doliny, w rodzaju kolumny szwadronami rozwiniętemi, mógł na odległość robić wrażenie drugiej i trzeciej linji. Najlepszym dowodem tego jest, że szwadrony 10 p. h. uderzyły na prawoskrzydłowy szwadron 15 p. dr., równocześnie gdy płk. Śliwiński twierdzi, że uderzyły one na prawe skrzydło trzeciej linji austrjackiej (2). Pozatem wiemy, że w szarży ze strony austrjackiej wzięło udział siedem szwadronów, co nie ulega żadnej wątpliwości, podczas gdy według twierdzenia płk. Śliwinskiego powinno ich było być 15 do 16-tu, a więc twierdzenie to jest mylne i polega na niedokładnej znajomości sytuacji austrjackiej w danej chwili przez płk. Śliwinskiego.


Czynności dowódców.


Tak zachowanie się gen. Zaremby, jak gen. Kellera, obu ludzi o niewątpliwej osobistej odwadze, jest zasadniczo różne. Pierwszy, gen. Zaremba, jak już poprzednio wspominałem, jest przylepiony do swych oddziałów i eo-ipso nie prowadzi ich, lecz idzie z niemi do szarży, i tem samem zatraca łączność z innemi mu podwładnemi, a nie zaangażowanemi w boju jednostkami, - traci więc możność kierowania niemi i zdany jest na ich inicjatywę, która go w rzeczywistości zawodzi. Drugi t. j. gen. Keller, zdała od swoich oddziałów orjentuje się osobiście w sytuacji, do ostatniej chwili przed starciem kieruje i dysponuje swojemi oddziałami, - w samym jednak starciu udziału nie bierze, chcąc zachować do ostatniej chwili nici dowództwa w swoich rękach i ogólny pogląd na sytuację, którą by mu osobisty udział w walce uniemożliwił. Obu d-com dywizyj jak również poprzednio wspominałem, możemy zarzucić brak rozpoznania i ubezpieczenia, tak że obydwaj narażeni są na zaskoczenie, tylko że powody tego braku są u każdego z nich zasadniczo inne. U gen. Kellera zbytek energji i tego "Drang nach Vorwärts" który go zrobił nieostrożnym i do tego stopnia kazał lekceważyć nieprzyjaciela, (gdyż po odliczeniu kozaków, zaangażowanych w akcji z piechotą, miał do dyspozycji w razie konnego starcia tylko 10 szwadronów przeciw przypuszczalnie rozporządzalnym z jego punktu widzenia 22 szwadronów gen. Zaremby). Ryzykowanie szarży przeciw dwukrotnej przewadze dowodzi ze strony gen. Kellera dużej siły woli i energji w przeprowadzeniu raz już powziętego zamiaru, dużej odwagi, a zarazem ogromnej dozy hazardu, koniecznego u każdego kawalerzysty, który nie zawsze z ołówkiem w ręku może obliczać arytmetyczny stosunek swych oddziałów do sił przeciwnika i musi działać pod pewnym impulsem i taktycznym wrażeniem chwili. Wszystkie te uczucia kazały mu widocznie zapomnieć o rozpoznaniu i ubezpieczeniu, albo je zlekceważyć. Gen. Zaremba zdezorjentowany, przygnębiony pierwszą porażką, oraz paniką i dezorganizacją swoich oddziałów, zajęty ich zbieraniem i układaniem nowego planu działania, niezdecydowany w sobie, co czynić, - zapomina też o rozpoznaniu, zapomina o tem, że nieprzyjaciel nie pozostaje bezczynnym, że będzie dążył do wykorzystania swej chwilowej przewagi moralnej, jak też w rzeczywistości się stało.

Tak więc doszło do tego, że obaj d-cy zostali zaskoczeni sytuacją na wzgórzu 418. Gen. Keller nie spodziewał się tak blisko spotkać głównych sił jazdy austriackiej; gen. Zaremba wcale widocznie, a szczególnie od południa, nie spodziewał się bezpośredniego natarcia jazdy rosyjskiej. Tylko że gen. Keller, bardziej wysunięty naprzód ma czas wydać dyspozycje swoim pułkom i, mając wolną głowę, ma czas i możność powziąć jakąś decyzję. Generałowi Zarembie zaś, tkwiącemu w swoich oddziałach, nie pozostaje nic innego, jak, kierując się rycerskim impulsem, ratować honor i szarżować na czele 15 p. dragonów. Pewno że byłoby mądrzej, gdyby skierowawszy pułk do szarży, sam pozostał w tyle, ażeby zachować wolność działania, jednak w danej chwili ze względu na stan moralny oddziałów, który wymagał osobistego przykładu d-cy oraz na depresję duchową samego gen. Zaremby, chcącego uratować chociażby honor, tego rodzaju postępowanie jest zrozumiałem (3). Pozatem szarża austrjacka była raczej kontrakcją na atak rosyjski, ofenzywnym odruchem obronnym, nie zaś planowym atakiem, a tymczasem nie potrafiła ona wyrwać inicjatywy z ręki Rosjan i zadecydować o zwycięstwie.

Powracając jeszcze raz do osobistego zachowania się obu dowódców, dywizji nie chcę twierdzić że dowódca większej jednostki kawaleryjskiej w konnym boju ma sam odgrywać rolę podjazdu wywiadowczego, lub rozpoznania bojowego, jednak w większości wypadków dowódca ten w czasie marszu zbliżania i nawet w czasie samego boju konnego będzie musiał być bezwzględnie wolny w decyzji obrania swego miejsca postoju, tak dla lepszych możności obserwacyjnych, jak również dla ewentualnej osobistej interwencji oraz przy pomocy odwodów swobody ruchów. Nie może on być krępowany pewnym kierunkiem marszu zbliżania swoich oddziałów albo ich ewolucjami, gdyż, biorąc w nich bezpośredni udział, może łatwo zatracić ogólny punkt widzenia, pozostając zaś trochę zdała czy to na przodzie w czasie marszu, czy też z tyłu w czasie samej walki i nie ulegając przez to bezpośrednim wrażeniom zatrzymuje wolną głowę i możność kierownictwa oddziałami, lub odwodami nie biorącemi udziału w boju. Stosowanie tej zasady nic może jednak z drugiej strony doprowadzić do "zagubienia się" dowódcy (jak się często zdarzało), i wszystkie oddziały powinny dokładnie wiedzieć w każdej chwili, gdzie się znajduje ich dowódca i gdzie mogą one go znaleźć. W każdym jednak razie nie może być praktykowane tego rodzaju postępowanie, jakie miało miejsce w 4 D. K. pod Jarosławicami, żeby i dowódca dywizji i obydwaj brygadjerzy brali czynny udział w boju mniejszej jednostki, pozostawiając większą część dywizji bez kierownictwa.

Ciekawym faktem stwierdzającym, jakie zamieszanie panowało w oddziałach oraz dowództwie 4 D. K., jest że dowódca dywizji, będąc między Wołczkowcami 2 a Dworzyskami, nie mógł odnaleźć tamże stojących l p. u. i 9 p. d., i nie wiedział, co się z niemi dzieje. Jak sam twierdzi, spowodowało go to do dania rozkazu o odwrocie do Kołtowa.


Znaczenie boju jarosławickiego z punktu widzenia taktycznego i strategicznego.


Zastanówmy się teraz, czy zasadniczo bitwa jarosławicka powinna miała mieć miejsce i czy decyzja tak gen. Zaremby, jak i gen. Kellera, była prawidłową w tym względzie w chwili zatrzymania się o godz. 8 pod Jarosławicami.

Gen. Zaremba wiedział, że ma przed sobą conajmniej dwie dywizje jazdy rosyjskiej, zdążające w jego kierunku, z drugiej strony wiedział również, że według planu dowództwa 11 korpusu skierowane zostały w kierunku na Olejów 11 D. P. i 8 D. K. i że nie są one na miejscu, a więc, że w walce tej będzie osamotniony. Zatem decyzja jego przyjęcia walki na wzgórzu 418, wydaje się conajmniej ryzykowną, jeżeli nie nieostrożną, tak ze względu na wybór pozycji, jak i na słabą ilość artylerji (dwie baterje przeciwko czterem, 8 dział przeciwko 24). Przypuszczać należy, że wycofanie się zawczasu dywizji za Strypę i zajęcie pozycji obronno-wyczekującej na linji wzgórz Mogiłka, Berechuta, Złota Góra, byłoby bardziej korzystnem i dawało możność doczekania się przybycia 11 D. P. lub 8 D. K., skoro nie można już było liczyć na niespodziewane zaskoczenie jazdy rosyjskiej. W każdym razie na pozycję wyczekującą należało wybrać inną, niżeli pierwszą pozycję jarosławicką u stóp dominujących wzgórz, zajętych przez nieprzyjaciela. Należało jaknajprędzej wycofać się z niewygodnego położenia lub dalej maszerować na Zborów, celem zagrodzenia drogi nieprzyjacielowi, ale w żadnym wypadku nie stawać w najniekorzystniejszym miejscu i w najgorszym ugrupowaniu. Ma się wrażenie, jakgdyby gen. Zaremba w tej chwili zapomniał o istnieniu artylerji nieprzyjacielskiej i jej działaniu. Można to sobie wytlomaczyć tylko tem, że nikt ze strony austriackiej, tak dowódcy jak i podkomendni, dotąd jeszcze pod ogniem artylerji nigdy w życiu nie byli, i nie mieli pojęcia o jego działaniu i skuteczności. Poza swojemi błędami, gen. Zaremba musiał pokutować za karygodną bierność swoich podkomendnych, gdyż nie ulega kwestji, że tak, jak wyglądała sytuacja na wzgórzu 418 do chwili uderzenia 10 p. h. (t. j. stosunkowo słabej siły, bo tylko dwóch szwadronów) to los 10 D. K. byłby przesądzony przy współudziale 13 szwadronów 1, 13 p. u. i 9 p. dr., które w akcji, jak widzieliśmy, żadnego udziału nie brały. Bitwa byłaby wówczas wzięła prawdopodobnie inny obrót, przynajmniej chwilowo, gdyż ani pozostałe, jako przykrycie artylerji, dwa szwadrony 10 p. h., ani ewentualnie ściągnięci jeszcze później z Wołczkowiec kozacy nie zdołaliby powstrzymać uderzenia zwartych 13 szwadronów, szczególnie gdyby to uderzenie zostało poprowadzone celowo i byłoby się dało wyzyskać, lub czy wogóle byłoby możliwe do osiągnięcia ze względu na bliskość 9 D. K., trudno jest przewidzieć. Możliwe, że 9 D. K., uderzywszy na ścigającą konnicę austrjacką od północy, byłaby jej zadała jeszcze większą klęskę; być może, że 4 D. K. zdążyłaby powstrzymać swój pościg i wycofawszy się za Strypę doczekać się nadejścia oddziałów 11 D. P. ze Zborowa. A może oszołomiona zwycięstwem przyjęłaby i drugą bitwę z 9 D. K. i również zwyciężyła? Wszystko jest możliwe. Z faktów jednak wynika, że gen Zaremba, mając sposobność rozbicia 10 D. K. na wzgórzu 418, nie mógł tego zrobić z powodu swego niezdecydowania, jako d-cy, braku wszelkich środków dowodzenia, niewykorzystania błędów przeciwnika (zbyt cienkie ugrupowanie, rozmieszczenie w dole, nieznajomość ugrupowania przeciwnika) oraz braku łączności wśród podwładnych oddziałów i przedewszystkiem biernego zachowania podkomendnych.

Jeżeli zaś gen. Keller wygrał bitwę, to zawdzięcza on to w dużej mierze błędom swego przeciwnika i działaniu artylerji.

Uratowało go przysłowiowe "szczęście", które musi stale towarzyszyć kawalerzyście, o ile ten ma zwyciężyć, silniejsze nerwy, oraz lepsza i szybsza orientacja, niż u dowódcy 4 D. K, Gen. Zaremba namyśla się, bada sytuację, a tym samym się opóźnia i stoi bezczynnie. Gen. Keller kieruje się częściowo instynktem, nie namyśla się, działa i zwycięża. Wspominając o 9 D. K. i jej opieszałem działaniu, miało ono tę dobrą stronę, że abstrahując od rozbicia 35 p. p., skoncentrowało na sobie całą uwagę dowódcy 4 D. K. i kazało mu zupełnie zapomnieć o meldowanej od wschodu jeździe nieprzyjacielskiej (10 D. K.), tak, że tamta, podszedłszy niespodziewanie, mogła działać przez zaskoczenie i tem częściowo osiągnęła zwycięstwo, nie pozwalając na koncentrację i wzmocnienie rozproszonych poprzednio ogniem artyleryjskim Austrjaków. Jest to jednak tylko rezultat przypadkowy, wynikający z mylnego osądzenia sytuacji, a raczej kompletnego braku tego sądu, ze strony gen. Zaremby, nie zaś przeprowadzonego planowo założenia taktycznego.

Widzimy tu podobny wypadek, jak u Austrjaków, gdzie pewna część wojska spokojnie maszeruje i nie spieszy się, lub stoi podczas gdy druga toczy ciężką walkę.

W tym wypadku zarzut bierności można uczynić tylko dowódcy 9 D. K., który na przebycie 6-kilometrowej odległości potrzebował 3-4 godzin. Napotykamy tu na typowy brak łączności w działaniach między dwiema równorzędnemi, a nie podległemi sobie jednostkami, który to brak mógł mieć te same katastrofalne następstwa dla 10 D. K., jakie miał dla 4 D. K., rozpoczynającej akcję bez współdziałania i łączności z innymi oddziałami, mającemi to samo zadanie, co i ona.

Ze strony austrjackiej mądrze zakrojony manewr celem otoczenia i zniszczenia posuwającej się w kierunku na Zborów jazdy rosyjskiej przedstawiał się pięknie na zielonym stoliku, lecz w rzeczywistości skierowanie tych oddziałów tak aby równocześnie mogły uderzyć na nieprzyjaciela, zaś brak łączności między niemi, z powodu zbytnich odległości, pomimo prób nawiązania jej, doprowadził do rozbicia jednego z nich, zanim inne zdążyły nadejść.

Rosjanie w dniu 21.VIII nie wykonali swego zadania przerwania linji kolejowej Tarnopol - Złoczów, lecz pozostało to bez znaczenia, gdyż fakt wyrwania wielkiej luki w austriackim systemie osłony granicy, przez rozbicie 4 K. D., był daleko ważniejszym zdarzeniem bojowym i faktycznie opóźnił tylko wypełnienie pierwszego zadania o 24 godzin, gdyż już następnego dnia 11 D. P. zmuszona była się cofnąć ze Zborowa na Rohatyn, a 8 D. K. - na Brzeżany. Pozatem luka między Brodami a Zborowem stała otworem dla wywiadów jazdy rosyjskiej w kierunku Lwowa, gdyż pobita 4 D. K. 22.VIII cofnęła się również z rejonu Sasów - Biały Kamień w rejon Glinian na zachód od Złoczowa. Cofnięcie to wywołane było ogólną sytuacją na froncie, w szczególności zaś ofenzywą 8-ej armji rosyjskiej od strony Zbrucza.

Poza zasadniczemi fazami walki konnej, całą bitwę jarosławicką można z punktu widzenia rosyjskiego podzielić na dwa oddzielne epizody t. j. na bitwę artyleryjską 9 D. K. z 35 p. landwery i na walkę konną 10 D. K. z dywizją gen. Zaremby, już zdemoralizowaną poprzednio ogniem artylerji. Są to dwie akcje zupełnie od siebie odrębne i związane tylko ostatecznie osiągniętym celem, bez żadnego związku w d-twie i działaniu, oraz przeprowadzone bez żadnego wspólnego planu, gdyż nie można za taki uważać zawiadomienia przesłanego przez gen. Kellera do d-cy 9 D. K. o tem, że rozpoczyna sam walkę z jazdą austrjacką nie czekając na jego nadejście. Ze strony 4 D. K. tego podziału przeprowadzić nie można, gdyż do końca gen. Zaremba był pewien że ma do czynienia tylko z jedną dywizją jazdy i o swojej omyłce dowiedział się dopiero po wojnie. Dla 4 D. K. cała bitwa była jednym pasmem zaskoczeń, czy wypadków nieprzewidzianych i szeregiem niepowodzeń łączących się w jedną nieprzerwaną całość, następujących po sobie chronologicznie, nie stanowiących tak jak ze strony rosyjskiej dwóch osobnych, zupełnie oddzielnych w czasie i przestrzeni akcyj taktycznych, przeprowadzonych przez dwóch równorzędnych, nie podległych sobie d-ców, bez zasadniczego porozumienia i wytkniętego celu w ewentualnie zawczasu przewidzianej akcji. Ze strony austrjackiej bojem jarosławickim kieruje tylko jeden d-ca i tylko on jeden za swoje czynności jest odpowiedzialny.


Ogólne wnioski.


Zbyt dużo dotąd było debat nad tem, czy walka kawalerji w szyku konnym jest wogóle jeszcze możliwą i dopuszczalną w dzisiejszych czasach kolosalnego rozwoju techniki ogniowej oraz czy zderzenie będzie wogóle miało miejsce?

W naszych walkach z Budiennym prawie nigdy do tego nie dochodziło, gdyż spotykające się oddziały jazdy, przeważnie słabo wyćwiczonej, rozluźniały się w pędzie przed samym zderzeniem. To też jeżeli ostatnia chwila zderzenia była inna, gdyż faktycznie odbywało się nie "zderzenie" lecz "wjeżdżanie" w siebie dwóch luźnych linji, to jednak zasada wprowadzania oddziałów konnych do boju z konnym przeciwnikiem nie wiele się zmieniła, a stare zasady taktyki kawaleryjskiej w bezpośrednim konnym starciu są zawsze aktualne, choć nieco zmodyfikowane i zastosowane do nowoczesnych wymagań techniki ogniowej.

Bitwa jarosławicka jest dowodem, że i w naszych czasach, - czasach wielkiej wojny i kolosalnego rozwoju techniki ogniowej było i jest miejsce dla konnej walki jako ostatniej i definitywnej formy rozstrzygnięcia boju między dwoma wrogiemi ugrupowaniami jazdy, ostatnim "ultima ratio", choćby były one najbardziej wyposażone w nowoczesne środki ogniowe. Na bitwie jarosławickiej mamy również przykład jak ważną rzeczą jest skoordynowanie działania większych jednostek jazdy w czasie i przestrzeni przez złączenie ich w wyższe jednostki t. j. korpusy lub armje. Tego rodzaju fakty jakie miały miejsce 21.VIII byłyby w tym wypadku trudne do pomyślenia tak ze strony rosyjskiej w razie istnienia d-twa korpusu, współdziałanie obu dywizyj jazdy mogło być korzystnie dla akcji regulowane i wykorzystane, co w tym wypadku zupełnie nie miało miejsca. Ze strony austriackiej odległość między obu dywizjami jazdy nastręczała duże trudności nawet w ramach korpusu, choć nawiązanie bezpośredniej łączności przy istniejącej wówczas jeszcze komunikacji telefonicznej i telegraficznej z Brodów do Krasnego i z Krasnego do Tarnopola było możliwe. Przy istnieniu d-twa korpusu po stronie austriackiej 4 D. K. prawdopodobnie nie byłaby weszła sama do walki, gdyż albo 8 D. K. byłaby prędzej podeszła do Olejowa zniewolona do tego bezpośredniemi rozkazami d-cy korpusu, lub też 4 D. K. odpowiednio powstrzymana i nie narażona na odosobnioną akcję.

W dzisiejszych dniach, wzmożonej siły ogniowej, konne oddziały zmuszone są do rozczłonkowania się, co odrazu sprzeciwia się zasadzie masowego konnego uderzenia i zwartego działania białą bronią.

Dlatego też kierownictwo dużemi rozproszonemi jednostkami jazdy i umiejętne wprowadzenie ich w szyku zwartym do boju konnego wymaga wielkiej orjentacji taktycznej, oraz umiejętności ze strony d-cy, który musi być człowiekiem odważnym, prędko i trafnie się orjentującym i szybkim w swoich działaniach. - Wymaga ona samodzielności i inicjatywy ze strony podkomendnych, którzy muszą działać również szybko jak ich d-ca. bardzo często na swoją odpowiedzialność, wnikając w myśl zamiaru swego przełożonego, który to zamiar bardzo często muszą wprost odczuć swoją intuicją, gdy szybkość boju nie pozwoli i uniemożliwi dawanie szczegółowych wskazówek i rozkazów.

Staje się coraz trudniejszem ze względu na słabsze wyszkolenie poszczególnych szeregowych, spowodowane krótką służbą wojskowa w dniach dzisiejszych, oraz mniejszą praktyką i zgraniem starszych oficerów w dowodzeniu większemi jednostkami i oddziałami.

Dziś może jeszcze więcej, niż w czasach dawniejszych, ma wartość swoją to twierdzenie, że "historja poszczególnych oddziałów jazdy, jest historją ich d-ców". Potwierdza to znowu bitwa jarosławicka, która dowodzi że walka konna, w naszych czasach ogromnego rozwoju siły ogniowej poszczególnych jednostek i bałwochwalczej wiary w tę siłę u wiciu miarodajnych czynników, jest sztuką trudna, wymagającą dużych zalet osobistych od d-cy, który się na nią zdecyduje i który nią kieruje - jest sztuką trudną - ale tembardziej zaszczytną i stanowczo zupełnie jeszcze możliwą.





Przypisy oryginalne:

(1) Cała faza szarży w boju Jarosławickim u ppłk. Śliwinskiego oparta jest na tej mylnej obserwacji, a więc przez to zasadniczo zniekształcona.

(2) To samo pisze rtm. Barbowicz.

(3) Osobiste relacje gen. Zaremby.




 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2019