dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1715

Artykuły z naszej strony
były czytane
3456368 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: Nasz kresowy dom nad Hukiem, Smolanką i Łopuszanką". Opracowanie zbiorowe pod redakcją Antoniego Worobca. Zielona Góra 2000.


Waleczny Józef i dzielna Wanda - Turczyńscy




Mieszkają od kilkunastu lat w małej osadzie nadmorskiej u wschodnich wybrzeży Anglii, niedaleko miasta Clacton, z którego do wielkiego Londynu jest tylko godzina jazdy pociągiem.

Pani Wanda lubi pisać długie listy, np.: "Chyba wpiszą mnie, do rKsięgi rekordów" - pisała grudniu 1999 r. - tuż przed świętami Bożego Narodzenia - bo już trzeci tydzień piszę do wszystkich moich znajomych w kraju i za granicą. Dotychczas napisałam 87 kartek i 35 listów (!)...".

"Życie tutaj - na angielskiej prowincji jest smutne, ale mamy tu dobre morskie powietrze, do miasta niedaleko, a do rozległej plaży zacisznej zatoki Morza Północnego, wystarczy przejść tylko przez jezdnię...".

"Mieszkaliśmy wcześniej w Londynie, przez 30 lat obracaliśmy się w dużym skupisku Polaków, gdzie kościoły, kluby polskie, okazje do spotkań z rodakami, dużo znajomych - pisała pani Wanda w którymś z listów".

"Dom, w którym mieszkamy tu nad morzem, kupiliśmy jeszcze w 1982 r. Józek był wówczas po dwóch zawałach, dlatego zdecydowaliśmy się na stałe zamieszkać nad morzem. Chyba się tu nie nudzimy. Mamy dobrą łączność za pośrednictwem satelitarnej anteny TV, oglądamy programy Polonii, Polsatu, RTL-7 i inne, słuchamy Radia Maryja, odwiedzają nas znajomi".

"Józek skończył już 80 lat, jest w 100% inwalidą wojennym (paraliż obu kończyn od pasa), jeździ tylko na wózku, dobrze wygląda, bez zmarszczek na twarzy, dużo czyta, ma wspaniałą pamięć, chętnie rozwiązuje krzyżówki".

W swoich listach pani Wanda sięga pamięcią do lat dziecinnych spędzonych we Lwowie. Urodziła się na Zamarstynowie w domu przy ulicy Żółkiewskiej 151, w 1924 r. jako najstarsza z córek Ludwika Jetschina. Ich dom stał naprzeciw słynnej fabryki wódek Baczewskiego. W 1937 r. zmarła im matka, ojciec nie radził sobie z piątką dzieci, toteż dwóch synów Edmunda i Ryszarda, oddał do wojskowej Szkoły Kadetów we Lwowie. Trójkę dziewcząt umieścił w zakładzie opiekuńczo-wychowawczym, który poznaliśmy już wcześniej, w Załoźcach. U sióstr miłosierdzia było im dobrze, staranna opieka, wspólne przeżywanie wakacji we dworze w Trościańcu, zbiorowe wychodzenie do szkoły na Starym Mieście, były namiastką dużej, zgodnej rodziny.

W niedzielę 17 września 1939 r., gdy były w kościele, doszła je wiadomość, że wojska sowieckie przekroczyły Zbrucz i dochodzą do Zbaraża. Na drugi dzień pierwsze groźne czołgi nieznanych wojsk stanęły na załozieckim rynku. Nie bardzo jeszcze rozumiały, co to jest obcy, wnet się przekonały. Oto któregoś dnia na teren zakładu przyjechali jacyś wojskowi. Rozmawiali długo z matką przełożoną. Przed wieczornym nabożeństwem matka Przetocka zabrała najstarsze dziewczynki i zakomunikowała im smutną wiadomość, że muszą opuścić mury zakładu! Nowe władze administracyjne będą organizować w Załoźcach urząd rejonowy, odpowiednik naszego starostwa. Potrzebują pomieszczeń, na ten cel wytypowano dom zakonny i zakład wychowawczy. Młodsze dzieci zostaną odesłane do innych zakładów, najstarsze udadzą się do trościanieckiego dworu.

Do Trościańca przywieziono Wandę i jej siostrę Domicelę, Czesię Czaban, Stasię Szapajło i jeszcze którąś z dziewcząt. Stasia, która pisała pamiętnik z tych czasów, tak opisuje pobyt w Trościańcu:

"...Widzę najpierw dwór i siostry zakonne. Dwór parterowy z dużą kuchnią, po tej samej stronie korytarza piękny salon, którego okna wychodziły na ogród kwiatowy. O ogród szczególnie dbała siostra Anna. Była tam mała oranżeria. Od bramy wjazdowej ogród obsadzony bzami, a nad nimi górował rozłożysty modrzew. Za ogrodem był sad i ogród warzywny a dalej stawy. Drogę obok dworu porastały ogromne, stare lipy. Były bardzo stare.

Był już 1940 r. Nie mieliśmy co jeść, wszystko rozkradziono, żadnych zapasów, więc przed Świętami Wielkanocnymi obie z Wandzią poszłyśmy "za proszonym". Chodziłyśmy od domu do domu, ludzie dawali nam jajka, mąkę, mleko...

W końcu maja przyjechał do dworu samochód ciężarowy, aby nas zabrać do domu dziecka, gdzieś w głębokiej Rosji. Ja z Domicelą, siostrą Wandy, uciekłyśmy do Stachy, która wcześniej przeniosła się z dworu do jakieś rodziny na Ruskim Boku. Ukrywałyśmy się dłuższy czas, nawet gdy szukano nas. Spałyśmy po stodołach, różnych zakamarkach. Ludność bała się nas ukrywać, gdyż Czapajło hołowa selrady, ogłosił, że kto odważy się nas przechowywać wyjedzie z całą rodziną na Sybir...

Po miesiącu tułaczki na dobre zamieszkałyśmy w stodole Marka Fieca, bez jego zgody. Kiedyś nas odkrył. Był dobry, przygarnął nas do domu. Było to bezdzietne małżeństwo, więc robiło wszystko, aby nas ukryć przed węszącymi milicjantami".

Sprawa sierot z załozieckiego zakładu powoli wygasała. Pomieszczenia dworskie zamieniono na biura maszyno-traktornoj-stacji (MTS), urzędował tam towarzysz Tańciura - postrach chłopów trościanieckich.

Wandzia, która ukończyła w 1941 r. 17 lat, poznała chłopaka Józka Turczyńskiego. Józef, rocznik 1918, stawał w grudniu 1939 r. do poboru, miał iść do Czerwonej Armii. Był w rejestrze wojskowym, stale przywoływano go do Wojenkomatu (Radzieckiej Komendy Uzupełnień). Oboje byli niepewni swojego losu. Postanowili więc się pobrać. 29 stycznia 1941 r. ksiądz Edward Strudziński pobłogosławił ten związek. Wandzia zamieszkała odtąd legalnie u Turczyńskich. Sołtys Czapajła, który ją wcześniej ścigał, zaproponował pracę w mleczami, tam obliczała procenty zawartości tłuszczu w dostarczonym przez gospodarzy mleku. Pracowała do czasu wkroczenia Niemców.

Józka Rosjanie ostatecznie wcielili do armii. 7 maja 1941 r. odjechał w nieznane, ku rozpaczy młodej żony. Przeszedł, podobnie jak wielu młodych Polaków, swój tułaczy szlak. Wiódł on od Kalinina koło Moskwy, przez Górki nad Wołgą, do dalekiego Tasz-kientu. Tu doszła go wiadomość, że 18 sierpnia 1941 r. zawarto między rządami ZSRR a Rządem Emigracyjnym w Londynie umowę wojskową o utworzeniu na terenie Rosji armii polskiej. Ubiegał się więc o przyjęcie do armii polskiej. Uzyskał na to zgodę. Z Taszkientu do Buzałuku, gdzie stacjonowało dowództwo polskie, było niedaleko.

Jesienią 1942 r. znalazł się wraz z armią polską na terenie Iraku w Guizil - Ribat. Tu przeszedł zasadnicze szkolenie wojskowe i specjalistyczne jako saper. Został przydzielony do 10 Batalionu Saperów. Wraz z 10 Batalionem przeszedł Kampanię Włoską. W bitwie o Monte Cassino jego Batalion rozpoczął działania bojowe znacznie wcześniej niż inne jednostki 2 Korpusu. O trudzie saperskim tak pisał Melchior Wańkowicz w swojej książce - "Monte Cassino": "Któż zmierzy krwawy trud saperski przed bitwą. Montują stanowiska artylerii, wciągając działa na pochyłość 45 stopni. Strzegą jak oka w głowie jedynych dwóch mostów na rzece Rapido. Wykrywają miny posiłkując się jedynie bagnetem i kijkiem, bo wykrywacz nie reaguje na polach zasiane odłamkami żelaza.

To wszystko - pod nękającym ogniem, wówczas kiedy nawet żołnierz na pozycjach czołowych mógł sporządzić sobie składak i przyczaić się w nim...!".

Zatem, zanim zaczęła się prawdziwa bitwa o zdobycie klasztoru i okalających go wzgórz, saperzy byli pierwsi, a z nimi nasz waleczny starszy saper Józef Turczyński.

Nasz Rodak był naprawdę walecznym saperem, skoro Dowódca 2 Korpusu gen. Władysław Anders na mocy uprawnienia Prezydenta RP - "W uznaniu czynów męstwa i odwagi wykazanych na polu chwały" nadał starszemu saperowi Józefowi Turczyńskiemu Krzyż Walecznych - co potwierdził w rozkazie dziennym j ego dowódca ppłk Stanisław Maculewicz. Odznaczenie bojowe na polu chwały odbierali najszybciej oficerowie. Krzyż Walecznych przyznawano za wyjątkową odwagę i męstwo.

Niestety, żywot sapera jest krótki. Rozbraja setki min, aż trafi na swoją. 5 marca 1945 roku został ciężko ranny w kręgosłup, w wyniku którego nastąpił paraliż od bioder do kończyn. Leżał długo w różnych szpitalach. Najpierw we Włoszech, później z całym personelem szpitala polowego przewieziono go do Anglii. W Walii Polacy zajęli szpital po wojskach kanadyjskich. Rannych i rekonwalescentów było tu tysiące. Pani Wanda dotarła do męża dopiero w styczniu 1957 r., a więc podczas "odwilży gomułkowskiej". Zastała męża jeszcze w szpitalu (po 12 latach leżenia): "Jak przyjechałam do Walii, do szpitala w Witchurch, myślałam, że jestem w Polsce, wszędzie słyszało się mowę polską, wszędzie sami Polacy, przeważnie samotni inwalidzi, czekający na skierowanie do polskich domów weteranów... Codzienne gazety pełne były nekrologów o zmarłych...". "Było to przerażające, tyle lat od zakończenia wojny...". "Po kilku miesiącach 1957 r. wyjechaliśmy do Londynu - pisała w jednym z listów. W dużym skupisku polskim poczuliśmy się lepiej. Józek nadal wracał do szpitali".

"Było bardzo ciężko. Chwytałam różne prace, aby czegoś się dorobić. W tym czasie Józka renta wojenna wynosiła niecałe 6 funtów tygodniowo, za pokój w polskiej rodzinie płaciliśmy 3 funty tygodniowo. Było ciężko, bo Józek stale przebywał w różnych szpitalach. Namawiał więc mnie, abym wracała do Gliwic, gdzie pracowałam jako administrator w miejskim zarządzie budynków mieszkalnych i miałam tam nowe i tanie mieszkanie. Bałam się głównie o niego, on ciągle potrzebował drogich lekarstw, których w Polsce w tym czasie nie było. Z czasem poznałam język, nauczyłam się nowej pracy. Zaczynało być nam lepiej. Podniesiono rentę inwalidzką Józkowi, zarabialiśmy znacznie więcej. W Londynie mieszkaliśmy 30 lat... Ze względu na stan zdrowia Józka w 1986 r. przenieśliśmy się nad morze. Józef czuje się tu dobrze, mnie brak londyńskiego środowiska polskiego.

Żyjemy sprawami Polski. Kochamy swój kraj, mowę i zwyczaje. Dla nas za późno już wracać!

Pani Wanda jak już się mówiło, utrzymuje liczne kontakty, głównie listowne, ale też telefoniczne - potrafi długo rozmawiać za pośrednictwem telefonu ze swoimi najbliższymi, z liczną rodziną Józefa i znajomymi trościanieckimi. Najbardziej martwi ją nieznajomość losu swojego ojca.

Ojciec pani Wandy - Ludwik Jetschin, potomek czeskiej rodziny urzędniczej przysłany do Galicji - służył w austriackiej żandarmerii, później w Legionach, zaraz po wojnie w Policji Państwowej. W 1918 r. ożenił się z mieszkanką Lublina, w 1923 r. przesiedlił się do Lwowa, gdzie mieszkał do czasów II wojny światowej. Często odwiedzał swoje córki w załozieckim zakładzie. Ostatni raz spotkał się z nimi w Trościańcu w marcu 1940 r. Od tego czasu ślad po nim zaginął. Podobno ktoś ze znajomych brata ojcowego widział, jak enkawudziści aresztowali go na lwowskim dworcu kolejowym - Podzamcze.

Pani Wanda od 60 lat poszukuje ojca. Zupełnie nie zna jego dalszych kolei losu. Ostatnio, tj. w październiku 1999 r., otrzymała pismo z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w Warszawie, w którym podano: "iż z uzyskanych materiałów od Służby Bezpieczeństwa Ukrainy wynika, że Ludwik Jetschin został skazany 12 października 1940 r. przez Sąd w Zaporożu na 10 lat pozbawienia wolności".

Było to w 1940 r. Co było dalej? Czy przeżył tę katorgę?

Nieznany jest los polskiego policjanta z kresów, ciężkie były sieroce dole dzieci załozieckiego zakładu, długie i niekończące są cierpienia walecznego sapera z Monte Cassino...


 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2019