dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1715

Artykuły z naszej strony
były czytane
3463533 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: Nasz kresowy dom nad Hukiem, Smolanką i Łopuszanką". Opracowanie zbiorowe pod redakcją Antoniego Worobca. Zielona Góra 2000, tamże Władysław Strąg,: "Z Halczynej Doliny na posiołek Kaban II"]


Po drodze nie spotkaliśmy żywej duszy. Szosa była pusta i czysta, jak wymieciona przysłowiową miotłą. Mróz w tym dniu był siarczysty, a my byliśmy ubrani naprędce, byle jak i w byle co, no i bez śniadania. Ale nikt się tym nie przejmował, nikogo z tego powodu głowa nie bolała. Powoźnicy ukraińscy poganiali konie, a te posłuszne biegły truchtem parskając nozdrzami i cała ta kawalkada wciąż płaczących oraz lamentujących kobiet i dzieci, niczym świąteczny kulig, zdążała do stacji kolejowej w Młynowcach.

Pamiętam, że mieszkańcy mijanych wiosek Beremowce i Kudobińce zachowywali się na nasz widok różnie. Polacy, którzy w tych wsiach akurat stanowili mniejszość, ukradkiem i ze zgrozą wyglądali przez firanki w oknach, ze współczuciem i wyrozumiałością żegnali nas w milczeniu.

Po dwudziestu latach od tamtych tragicznych lutowych wydarzeń, spotkałem w Zabrzu Polaka, byłego mieszkańca wsi Beremowce, który opowiadał, że był świadkiem naszego zesłania i przez firankę obserwował nas na szosie, a wszyscy drżeli, że lada chwila i po nich przyjdą czekiści.

Ukraińcy natomiast nie kryli się z za firany, wychodzili przed domy i demonstracyjnie, bezczelnie, z judaszowym uśmiechem wyrażali swoją solidarność z decyzją władz sowieckich o rozkułaczeniu polskich panów. Przeważnie widziało się miny zadowolone i usatysfakcjonowane z pogromu nie lubianych i nie akceptowanych przez nich tam na kresach "Lachiw", jak pogardliwie nazywali nas, Polaków.

Podczas jazdy do stacji, kiedy to siedząc w bezruchu na saniach zmarzłem do szpiku kości, czekista widocznie w obawie żebym nie zamarzł na sopel lodu, spędził mnie z sań i kazał biec za saniami, żebym się rozgrzał, a następnie czynił to ze wszystkimi po kolei. Tylko tyle mógł wyświadczyć nam litości i na tyle tylko było stać tego wyzutego ze wszelkich ludzkich uczuć człowieka. W pozostałe sprawy on nie wnikał. Jego zadaniem było odwieźć nas do stacji żywych i wpakować do przeludnionego, bydlęcego i okratowanego wagonu oraz zaryglować za nami drzwi. I na tym jego haniebna rola w tej akcji kończyła się.

W tym samym dniu i o tej samej porze dnia wysiedleni zostali koloniści z innych kolonii powiatu zborowskiego i wszyscy oni spędzeni byli do tego samego transportu. W sumie do Młynowiec 10.02.1940 r. jechali koloniści z Halczynej Doliny, Zarudzia, Podhajczyk, Dziczek, Harbuzowa i Manajowa.

Na kolonii Halczyna Dolina mieszkaliśmy zaledwie od maja 1939 r. i przez te 9 m-cy nie poznałem jeszcze wszystkich mieszkańców. A kolonia liczyła około 100 gospodarstw, których właściciele w większości przywędrowali tu z województwa lubelskiego. Było tu też kilka rodzin miejscowych kresowiaków z powiatu zborowskiego. A oto nazwiska tych, których zapamiętałem z naszego transportu:

1. Kolonia Halczyna Dolina - Bibuła, Bartnik, Byk, Bąchorek, Gierc, Drozd, Jóźwin, Juszczak, Pikuła, Kurek, Piecznik, Dziadosz, Kałuszka, Lewandowski, Trembulak i Duda,

2. Kolonia Dziczki - Dębczyk, Chmielowski, Jaworski, Szewczuk.

3. Kolonia Bemówka - Kociubiński, Olender, Skurski i jego szwagier, którego nazwiska nie pamiętam.

4. Kolonia Manajów - Dajczak, Olejnik, Półtorak oraz bracia Kuba i Franciszek Dzikowie.

5. Kolonia Podhajczyki - Tobiasz, Wysocki, Zawadzki, Kępa, Bojarski, Kątek, Gruszecki oraz bracia Ziębowie, Mazgajski.

6. Kolonia Zarudzie - Peszko, Szubert i jego szwagierka z synem.

Po wyjeździe na ogromnie zatłoczoną stację kolejową w Młynowcach zauważyłem podstawione już na bocznym torze wagony towarowe z okratowanymi oknami, a nawet z pozamykanymi, stalowymi okiennicami. Był to bardzo długi skład pociągu towarowego do specjalnego przeznaczenia. Wygląd zewnętrzny i wewnętrzny świadczył, że wagony przygotowano już wcześniej z przeznaczeniem do przewozu więźniów. Po obu stronach wewnątrz wagonu przygotowane już były półki z nieheblowanych desek, tzw. nary. Na środku każdego wagonu, pod ścianą przeciwległą do drzwi, stał lej z blachy ocynkowanej, służący za wychodek i przybity był gwoździami do podłogi, w której był wycięty otwór średnicy około 15-20 cm. Obok, też na środku wagonu, stał żelazny piecyk węglowy na blasze przybitej do podłogi, żeby nie zapaliła się podłoga. Każdy wagon był tzw. budką hamulcową, jak się potem okazało, stał tam wartownik. Cała stacja kolejowa Młynówce była okrążona przez silny kordon żołnierzy NKWD, przez który nie mogła przecisnąć się nawet przysłowiowa mysz. Tu z wielkim hałasem i krzykiem przystąpiono do wyładowywania nas z sań i zapędzania do wagonów po kilkanaście rodzin do każdego, niczym owce, które górale wywożą na redyk. W sumie po około 50-60 osób do wagonu. Tu w wagonie spotkali się "wrogowie ludu" z całego powiatu, a był to pierwszy masowy transport, jaki odjechał dnia 10.02.1940 r. na zesłanie syberyjskie z terenów polskich kresów wschodnich, zajętych 17.09.1939 r. przez ZSRR.

W naszym wagonie było 11 rodzin, część z Halczynej Doliny, a część z Podhajczyk koło Zborowa. Współlokatorami naszego wagonu były rodziny: Bibułów - 4 osoby, Dziadoszów - 4 osoby, Kałuszków - 6 osób, Kurków - 5 osób, Pieczników - 4 osoby, Pikułów - 8 osób, Jóźwinów - 8 osób, Strągów - 8 osób, Peszków - 4 osoby, Szubertów - 4 osoby, szwagierka Szuberta - 2 osoby. Razem w wagonie było 57 osób dorosłych i dzieci, a w tym chora na astmę babcia Kałuszkowa i leżąca już od kilkunastu lat obłożnie chora i sparaliżowana żona pana Peszko. Podobna sytuacja była i w innych wagonach naszego transportu. Cały skład pociągu liczył 40 wagonów. Tak więc w transporcie było około 2440 - 2500 zesłańców z powiatu Zborów, województwa tarnopolskiego.

Wówczas, jako 14-letni wiejski chłopak, nie zdawałem sobie sprawy z ogromu prac organizacyjnych i nakładów finansowych aparatu bezpieczeństwa NKWD, ale obecnie jestem w pełni tego świadom. Przesiedlenie samej tylko Halczynej Doliny wymagało zaangażowania około 100 żołnierzy, a jest to kompania wojska. Dodajmy do każdego żołnierza po dwóch ukraińskich aktywistów, co równa się około 200 ludzi. Razem musiało ich być około 300 chłopa. Następnie trzeba było przewieźć tych 300 chłopów w rejon akcji wysiedleńczej i do tego celu potrzeba było około 15 samochodów z kierowcami i dysponentami tych pojazdów. Oprócz tego na pewno były osoby kierujące akcją wysiedleńczą. W sumie mogło tam być około 300-350 ludzi. A do tego należy doliczyć obstawę całej stacji Młynówce, obsadę i obstawę transportu i kolejarzy. Osobny rachunek należy wystawić za obstawę torów kolejowych przez żołnierzy od stacji Młynówce do Tarnopola oraz wkalkulować w to koszty samolotu "kukuruźnik", który patrolował z góry całą trasę do Tarnopola. Następnie dochodziły jeszcze koszty transportu kolejowego, jego wyposażenie, wyżywienie całości od Młynowiec do stacji końcowej.

Po załadowaniu całego transportu, drzwi wagonów z łomotem zatrzaśniętego i zaryglowano. Nasze konie i podwody odstawiono do przyszłych kołchozów, które dopiero organizowano po naszym wysiedleniu. Także inwentarz żywy i martwy wysiedlonych Polaków zabrano do kołchozów.

Pamiętam, ojciec nasz, jako z zamiłowania i były kawalerzysta, lubił i dbał o konie. I tu na stacji w Młynowcach odchodząc do wagonu zbliżył się do Gniadosza i Kasztanki, wziął oszronione pyski w objęcia i ucałował każde z osobna ze łzami w oczach. A konie jakby zrozumiały gest gospodarza i otarły się pyskami o sylwetkę swego pana. Taki był obrazek pożegnania gospodarza z pracowitymi i wiernymi rumakami. A po tym pożegnaniu rozstali się z sobą, bo woźnica Ukrainiec odjechał ze stacji. Więcej się już w życiu nie spotkali i rozstali się na wieki, a drogi ich nigdy się już nie zeszły.

Tu w Młynowcach przeznaczono jeden wagon towarowy na tzw. depozyt. Co mogło przyczyniać się do zacieśniania w wagonach, to kazano nam oddać do tego depozytu. Ponieważ nasze worki z kartoflami i żytem zajęłyby miejsce w wagonie dla ludzi, więc musieliśmy oddać je depozytu z góry wiedząc, że kartofle nie wytrzymaj ą mrozów, ale nie traciliśmy nadziei na ich odzyskanie w drodze.

Funkcjonariusze NKWD byli czujni i podejrzliwi, przy czym spieszyli się, żeby jeszcze przy widoku dnia zagnać wysiedleńców do wagonów i mieć wszystkich, jak w klatkach króliki. Po zaryglowaniu wagonów nasze więzienie na szynach zostało otoczone kordonem uzbrojonej straży NKWD. Każdy wagon, jak już wspomniałem, był z budką hamulcową, w której miejsce zajął uzbrojony wartownik. Na zewnątrz wagonów patrolowali sołdaty z bronią gotową do strzału, a niektórzy z psami. Panował jeszcze gwar po obu stronach ścian wagonów. Słychać było głośne rozmowy, jakieś polecenia, a wszystko to odbywało się w tonie rozkazodawczym. Przed wagonami przechadzali się jacyś oficerowie z plikiem papierów w dłoni, coś sprawdzali, uzgadniali, a niekiedy słychać było podniesione głosy zdenerwowanych przełożonych do podwładnych. Ponieważ okna wagonów były przysłonięte okiennicami z blachy, więc w wagonach panował półmrok, a tylko przez szczeliny między niektórymi deskami padał jaskrawy promyk światła, który jakoś raził i kłuł w oczy. Ale człowiek, jak kot, przyzwyczaja się do ciemności i my wnet oswoiliśmy się z tym półmrokiem. Ludzie nienawykli do takich gwarów i ciasnoty zaczynali się denerwować. Ale na razie tego nie okazywali. Wszyscy przemieszczali się i tasowali, jak pszczoły w ulu, a czas biegł.

Po tej wrzawie i głośnych rozmowach zaczynało się jak gdyby uspokajać i uciszać. Obok wagonów już nie kręciło się tylu ludzi w mundurach. Zaczynali się pojawiać kolejarze. A po jakimś czasie żołnierze NKWD chodzili po dachach wagonów i widocznie sprawdzali ich całość. Potem rozległy się poklepywania młotkami o koła wagonów. To kolejarze w ten sposób sprawdzali podwozia i sprawność hamulców. Następnie podczepione lokomotywy targały wagonami i z powrotem, przygotowując skład całego transportu do drogi. Z przodu i z tyłu transportu umieszczono wagony osobowe, a w nich podróżowali wygodnie i ciepło nadludzie - nasi konwojenci. Przy targaniu wagonami woda z wiader wylewała się. Rozpalono w piecyku, bo było zimno, a i dzieciom trzeba było coś zagrzać. Wszyscy byli jeszcze na czczo, niczym przed przystąpieniem do sakramentów świętych. W ten sposób rozpoczęło się intensywne życie w zaryglowanych wagonach. Ale płacz, szloch i lament wciąż nie ustawał i mieszał się z kaprysami rozdrażnionych i agresywnych dzieci. Wszyscy tu sobie obcy, spędzeni do ciasnego pomieszczenia, nie czuli się swobodnie. Z początku panowała grzeczność i ustępliwość, ale z upływem czasu w miejsce grzeczności przyszła opryskliwość i grubiaństwo. Nerwy puściły i sytuacja stawała się nie do zniesienia. Każdy był rozdrażniony i rozżalony. Chwilami wybuchały pyskówki, to znów przepraszano się nawzajem i przebaczano sobie. Każdy chciał jak najlepiej urządzić się w dogodnym miejscu w wagonie. Nikt nie chciał zajmować miejsca na pryczy przy ścianie. To znów każdy chciał jak najprędzej dostać się do jedynego piecyka i coś ugotować czy podgrzać do jedzenia. Działy się nieprzyjemne sceny, jak to zwykle bywa w takim tłumie ludzi z różnymi charakterami.

Już w parę godzin po załadowaniu się do wagonu, usłyszeliśmy znajomy głos dziadka, mamy ojca i ciotki Zofii, mamy najmłodszej siostry. Początkowo myśleliśmy, że dziadek z ciotką są wysiedleni z Trościańca, że i oni znaleźli się w tym transporcie, w tej samej sytuacji i charakterze, co i my. Ale wnet się wyjaśniła sytuacja. Otóż na wieść o wysiedleniu Polaków z Halczynej Doliny, dziadek zaprzągł konie i co sił w kopytach przyjechał z ciotką do nas na Halczynę. Myśleli, że w czymś pomogą, że coś zaradzą, ale już nas w domu nie zastali, więc ruszyli w ślad za nami do Młynowiec. Tu próbowali przedostać się przez kordon NKWD, ale nie przepuszczono ich. Widząc, że zwykła prośba nie pomoże, postanowili jak imć pan Zagłoba, spróbować przekupstwa i fortelu. Dziadek znając psychikę Moskali, zabrał ze sobą - na wszelki wypadek - dwie półlitrówki wódki. I ta "prośba" okazała się skuteczna. Bo czego się nie robi dla "dobra ojczyzny?" Oni za wódkę gotowi są własną duszę sprzedać, jak imć pan Twardowski. Kiedy czekista dostał w łapę wódkę, od razu mu serce zmiękło i przepuścił dziadka oraz ciotkę do nas pod wagony. Zaczęli oboje nawoływać, a my w zaryglowanych wagonach usłyszeliśmy i odpowiadaliśmy na ich wołania. Czekista odemknął drzwi i uchylił je na szerokość głowy, pozwolił zobaczyć się i pożegnać z nami przy jego obecności. I w ten sposób mogliśmy chwilę porozmawiać i odebrać trochę niektórych artykułów żywnościowych przywiezionych z Trościańca. Ale wiadomo, jaka była to rozmowa w takiej sytuacji? Więcej płaczu, goryczy i słów pocieszenia, niż rozmowy. Żal dławił w gardle po obu stronach i nikt nie był w stanie przemówić słowa. Padały tylko urywane słowa współczucia i pocieszenia. Pożegnanie to zapadło mi głęboko w pamięci i wciąż widzę tę scenę do dnia dzisiejszego.

Mijały godziny, a na zewnątrz ludzi coraz ubywało, głosy cichły i wszystko jak gdyby się uspakajało. Potem tylko od czasu do czasu słychać było przechodzących i rozmawiających po rosyjsku i ukraińsku. Straż czuwająca w budkach hamulcowych pełniła gorliwie swoje obowiązki i porozumiewała się z patrolem czekistów chodzących wzdłuż całego transportu, wewnątrz którego około 2500 wrogów ludu było odizolowanych od świata był to początek ich tragedii życiowej i początek likwidacji wrogiego elementu począwszy od niemowlaków, do słabych, bezbronnych starców.

Jak się potem dowiedzieliśmy z listów od rodziny, to w naszym domu, po naszym wysiedleniu enkawudziści razem z ukraińskimi aktywistami, wyprawili sobie wielką ucztę z popijochą - było to uroczyste zakończenie akcji wysiedleńczej. Utrudzeni całodniową harówą oprawcy, zarżnęli naszego cielaka, od Kałuszki przynieśli bimbru, od innych jadło i tak jedli i pili całą noc z 10.02. na 11.02.1940 r. W ten sposób ucztowali pomyślny pogrom polskich kułaków, Lachów i Mazurów - jak nas nazywali. Wszystko, co pozostało po nas w mieszkaniach i gospodarstwach, było do ich dyspozycji, więc dzielili między siebie ten łup i wszystko doszczętnie rozgrabili. Potem cały żywy i martwy inwentarz oddano do kołchozów, a reszta została rozkradziona przez okoliczną ludność ukraińską. Budynki zostały rozebrane, pozostałości spalone, a ziemia wiosną zaorana. Po polskich kolonistach w tym miejscu, gdzie stała Halczyna Dolina, nie zostało śladu.

Obecnie nie ma nawet znaku, że tu była kiedyś piękna kolonia i mieszkali tu zamożni i dorabiający się gospodarze. A po latach w czasie odwiedzin poznałem nasze obrazy religijne, które mama dostała od rodziców w dniu jej ślubu w 1922 r. Zabrał je jeden z sąsiadów, Ukrainiec, którego odwiedziłem nie uprzedzając go, bo wiedziałem, że on, choć udawał, że żyje z nami dobrze, to jednak nie oparł się pokusie i też był uczestnikiem owej grabieży 10 lutego 1940 r.



poprzednia
część

 

 

Władysław Strąg:
Z Halczynej Doliny na posiołek Kaban II

 

 

następna
część




 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Kazimierz dnia sierpień 23 2012 18:45:40
Rodzina Jóźwin z Olejowa, być może pisownia powinno być Juźwin
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2019