dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1715

Artykuły z naszej strony
były czytane
3455937 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: Nasz kresowy dom nad Hukiem, Smolanką i Łopuszanką". Opracowanie zbiorowe pod redakcją Antoniego Worobca. Zielona Góra 2000, tamże Władysław Strąg,: "Z Halczynej Doliny na posiołek Kaban II:]


Pamiętam dobrze, że życzliwi nam Ukraińcy doradzali rodzicom wyprowadzkę do dziadka, do Trościańca. Czasy są niespokojne i niepewne, a chodzą słuchy, że Rosjanie będą wywozili wszystkich kolonistów na Sybir - tłumaczyli. Ale naszemu ojcu nie mieściło się wprost w głowie takie bezprawie. Mówił zawsze, że on pola nie ukradł i nie dostał z nadania jako osadnik wojskowy, że on to legalnie kupił i ma na to dokumenty, że takiego bezprawia nigdzie w cywilizowanym świecie nie ma i tak nie wolno postąpić z niewinnymi ludźmi. Rzeczywistość jednak okazała się inna, bezprawna, bezpardonowa i bezlitosna.

O brzasku dnia 10.02.1940 r. mama nasza wstała nieco wcześniej, aby wydoić krowy, przygotować śniadanie i przygotować się do wyjazdu do Trościańca, poradzić się dziadka, co do ewentualnego zamieszkania u niego. Obudziła Michała, aby napasł konie i przygotował sanie. Dzień wcześniej jeden z zaufanych Ukraińców ostrzegł rodziców, że sowieci na pewno coś niedobrego i podejrzanego szykują. Aktywiści ukraińscy mieli przed akcją wysiedlania Polaków naradę z sowietami i choć wszystko odbywało się w wielkiej tajemnicy, to jednak pewne "przecieki" i domysły były. Trzeba było skorzystać z życzliwej rady tego człowieka i w porę wiać. Ale nasz ojciec nie wierzył w gwałt. Jak się okazało, była to prawda. O takim barbarzyństwie przekonaliśmy się i odczuliśmy to na własnej skórze.

Ojciec oraz my, dzieci, byliśmy jeszcze w łóżkach, gdy niespodziewanie do mieszkania wtargnęła dwójka ukraińskich aktywistów, a na jej czele enkawudzista. Jak przystało na doświadczonego w swoim rzemiośle czekistę, był doskonale przygotowany do swojej misji. U pasa wisiała broń krótka z odpiętą kaburą i na pewno z wprowadzonym nabojem do komory nabojowej. W ręku trzymał karabin z nałożonym bagnetem w położenie bojowe, jak żołnierz idący do ataku na bagnety. Czekista zaskoczył nas znienacka i wrzeszcząc potrącał ojca karabinem i postawił go pod ścianą z rękami do góry. Następnie przystąpił do rewidowania ojca i starannego obmacywania, czy przypadkiem nie ma pod bielizną broni.

W tym czasie ukraińscy pomagierzy, ubrani na tę okazję nieco odświętnie, z czerwonymi opaskami na przedramieniu, wypędzali dzieci z pościeli i przewracając do góry nogami rewidowali całe mieszkanie, błyskając przy tym chytrymi i chciwymi oczkami, co by tu porwać do kieszeni. Wszystko przecież stanowiło dla nich wartość i było przedmiotem pożądania. I tak też się stało, bowiem zaraz po naszym opuszczeniu domu, cały nasz dobytek należał do nich i oni go rozkradli.

My, dzieci wystraszone sytuacją i sceną jakiej byliśmy świadkami po raz pierwszy w życiu, narobiliśmy wrzasku i pisku, szukaliśmy schronienia pod pierzynami. Ale siepacze zdzierali je z nas i goniąc z łóżek, wrzeszczeli: "Wy lachwiśki szczeniata, wyłaśty z barłochiw" ("Wy lachowe szczenięta wyłaźcie z barłogów"). Rozpoczęło się polowanie i wypychanie nas siłą z łóżek. Można sobie wyobrazić, co przeżywa pięcioro wystraszonych i na wpół nagich dzieciaków gonionych wokół łóżek przez zdziczałych oprawców. Każde z nas w szoku i trwodze broniło się przed tym gwałtem i narobiliśmy wielkiego wrzasku i lamentu. Widok stojącego w bieliźnie ojca i trzymającego ręce do góry, a przy nim wrogiego nam sołdata z wycelowanym w ojca karabinem oszałamiał nas, byliśmy przerażeni i drżeliśmy ze strachu o życie ojca. Na to wszedł brat Michał, którego enkawudzista natychmiast ustawił obok ojca i wrzaskiem "ruki w wierch", poszturchując kolbą, zaczął obmacywać. Znów wzmógł się pisk i wrzask wystraszonej o życie brata dzieciarni i podniesione głosy oprawców, którzy krzykiem chcieli uspokoić wystraszone i przerażone dzieci. Wnet weszła z pełnym wiadrem mleka mama, a widząc taką dantejską scenę, przerażona zemdlała i upadła. Wiadro wypadło jej z rąk, a mleko wylało się po całej podłodze. Mama nasza chorowała na serce i myśmy wiedzieli, że taka sytuacja może się dla niej skończyć tragicznie. Kto choć raz w życiu widział atak cierpiącego na serce człowieka, ten jest w stanie ocenić stan chorego i położenie rodziny w takim przypadku. Choć mama miała leki nasercowe w domu, to w takim rozgardiaszu trudno było się czegoś doszukać. Niby były w szafce, a w tym momencie, jak to powiadają "diabeł przykrył ogonem". Ojciec stracił panowanie nad sobą, nie wiedział, co się z nim dzieje, stał wciąż pod ścianą z rękoma na głową, trzymany pod bronią, brat też, a my, dzieci nie umieliśmy sobie radzić w takim przypadku, nie zdawaliśmy sobie sprawy, co jest ważniejsze dla ratowania matki, czy szukanie i podanie jej tabletki, czy straszny, paniczny płacz, krzyk i nieopisany wrzask przerażonych o życie matki dzieci. Dopiero zatwardziały czekista zrozumiał, że interwencja kogoś może się tu przydać. Coś powiedział do ojca, po czym ojciec z Michałem opuścili ręce i rozpoczęli szukanie owych zaginionych leków. Znaleźli, bo przecież tam zawsze leżały i zaczęli ratować mamę.

Mama odzyskała przytomność, ale nie była zdolna do niczego. Po zrewidowaniu mieszkania sołdat odczytał jakiś "prykaz" i oznajmił, że będziemy przesiedleni. Gdzie nastąpi to przesiedlenie, do jakiej miejscowości i za jakie grzechy? Tego nie powiedział. Tonem rozkazującym polecił ubierać się i szykować do drogi. Spojrzał na zegarek i wyznaczył czas pół godziny na spakowanie się i zabranie ze sobą ręcznego bagażu, już nie pamiętam jakiej wagi. Na pytanie "Dokąd zostaniemy przesiedleni?", odpowiedział tonem zdecydowanym, krótko i zwięźle - "Uwidiesz!" (zobaczysz).

Rodzice nasi jakby stracili zmysły, jakby zostali rażeni piorunem, nie wiedzieli, co sami robią. Mama leżała bezradna, była wciąż osłabiona i blada, usta miała aż fioletowe, ręce jej się trzęsły i nie mogła przemówić słowa. Już nie mogła płakać, a łzy same spływały po kredowo-szarych policzkach. Wciąż kładła drżące ręce na Edzia zawiniętego w becik i tuliła dziecko do siebie. A malec jakby wnikał w sytuację i tulony przez matkę nie płakał, ale oczy miał przerażone, jakby zdawał sobie sprawę z tego, co się tu święci. O tej porze był zwykle karmiony, a tym razem musiał zadowolić się pustym smoczkiem, aby go tym oszukać i uciszyć. Reszta dzieci, tych najmniejszych, skupiła się wokół mamy i wylękniona kierowała spojrzenie raz na mamę, a raz na ojca, który ich zdaniem upierał się przy wykonywaniu poleceń rozkazodawcy, to znów podejrzliwe spojrzenia kierowali na aktywistów i naszego pana życia i śmierci, wrzeszczącego i wypędzającego nas z własnego gniazda rodzinnego. Ojciec nasz wydawał się być bezradnym, to się ubierał, to znów zdejmował z siebie odzienie. To znów zajmował się ubieraniem dzieci i zachęcał nas większych do samodzielnego ubierania się. A czas nieubłaganie biegł. W mieszkaniu wciąż panował płacz i to wielkie zamieszanie, w którym na moment przycichała wrzawa, to znów ożywała i potęgowała się, w zależności od zachowania się naszych prześladowców. Niby szykowaliśmy się, a wszystko to nie kleiło się rąk. Nie wiadomo było, od czego zaczynać, co brać i pakować. Nie wiadomo też, co będzie nam potrzebne, a co może okazać się najpotrzebniejsze? I w rezultacie nic się nie szykowało i nic się nie brało. Był przecież środek zimy, a na dworze ogromne w tym roku mrozy i śnieżyce i nikt o zdrowych zmysłach nie wyobrażał sobie przeprowadzki, zwłaszcza z małymi dziećmi i to w nieznanym kierunku, i na jak długo, i za co, i po co i za jakie grzechy?

Czas wyznaczony mijał, a my wciąż nie byliśmy gotowi do drogi. Zza drogi dochodziły lamenty i płacz z całej doliny Za Dębem. Ale oto wyczerpała się cierpliwość trójki i wtedy do akcji przystąpił zdenerwowany już na poważnie czekista. Przejął całkowicie inicjatywę i wszyscy trzej zdecydowanie przystąpili do wyrugowania nas z domu. Już sami zaczęli nas byle jak ubierać i siłą wyprowadzać z domu. Mama cała roztrzęsiona, jedną ręką trzymała wrzeszczącego wniebogłosy, wystraszonego Edzia, a drugą kurczowo zacisnęła na poręczy łóżka i nie pozwalała oderwać się od niego. Ale na nic się to nie zdało, jeden silny chwyt czekisty uwolnił mamę od łóżka i wnet, prawie niesiona przez dwóch rosłych drabów ukraińskich, znalazła się na dworze. Ojciec próbował ostatniej deski ratunku i w tej desperacji nie wiedział, co czyni, próbował stawiać opór w drzwiach, ale sieknięty energicznym ciosem w mięśnie rąk, znanym tylko ludziom stosującym przemoc fizyczną, opuścił je bezwładnie, a chwycony z tyłu tzw. chwytem za "hajdawery" wyleciał jak kamień z procy przed dom. My dzieci, większe i mniejsze, niczym stadko gęsi "wyżenieni" zostaliśmy z płaczem za rodzicami przez dwóch aktywistów z opaskami na rękawach. I tu, przed domem, stały już gotowe nasze sanie, uszykowane przed chwilą przez Michała do wyjazdu do Trościańca i zaprzęgnięte już przez Ukraińców w nasze konie - Gniadosza i Kasztankę. Na saniach w sianie ukryte było żyto w workach, które Michał miał przemleć na mąkę w trościanieckim młynie, bo już kończył nam się chleb, a pszenicy jeszcze nie zdążyliśmy omłócić. Przed domem ojciec nasz jak gdyby doszedł do siebie i oprzytomniał. Widocznie zdał sobie wreszcie sprawę z powagi chwili i zwrócił się z błagalną prośbą, żeby mu enkawudzista pozwolił wrócić i zabrać chociaż pościel. Przyniósł więc zgarnięte posłania z łóżek, a z szafy trochę ubrań i bielizny.

Tak się nam złożyło, że nie było w domu żadnych zapasów żywności, które można było wziąć na drogę, a z ostatniego wypieku został tylko jeden bochen wiejskiego chleba, który mama zawsze wypiekała sama. I ten bochen jeden z Ukraińców wrzucił do worka, zgarnął też ze stolarskiego stołu narzędzia stolarskie ojca i powiedział, że to ci się na pewno przyda tam, gdzie jedziesz. Z tego wynikało, że cel i miejsce naszego zesłania nie stanowił dla nich tajemnicy, na pewno wtajemniczono wszystkich aktywistów ukraińskich gdzie, po co i za co zostajemy zesłani. Enkawudzista, choć był bezwzględny i działał z całą zawziętością, to jednak w pewnym momencie okazał na mgnienie sekundy przejaw ludzkiego uczucia.

Coś w jego zimnym jak głaz sercu poluzowało. Spojrzał na gromadkę małych dzieci siedzących na saniach, a widząc, że naprawdę nie mamy nic z zapasów żywności na drogę, rozkazał nabrać worek kartofli z piwnicy, żeby choć to zabrać. Ale kartofel nie był odpowiednim towarem do przewożenia w tak niskich temperaturach. Nikomu to jednak nie przyszło do głowy w takim zamieszaniu, więc wszyscy działali tu jak zaprogramowany automat. Ukrainiec chwycił worek i z Michałem przytaszczyli go, i władowali na sanie, bo tak kazał czekista. I tak z jednym bochnem chleba, z workiem żyta ukrytego w saniach i workiem kartofli danym nam w drodze łaski, mieliśmy wędrować na podbój bezkresnego wschodu. Nie byliśmy rodziną zamożną, nie mieliśmy uciułanych pieniędzy czy dolarów w pończosze, nie mieliśmy też ani złota, ani brylantów, ani żadnej biżuterii, ani żadnych kosztowności, które ukryte można było zabrać i tam gdzieś spieniężyć, aby dofinansować budżet domowy. Mogliśmy liczyć tylko i wyłącznie na własne siły i na ludzkie traktowanie nas przez naszych przyszłych pracodawców.

Kiedy już siłą wpakowani siedzieliśmy w saniach, enkawudzista z powagą w głosie wyrecytował z pamięci znaną mu, jak nam pacierz, formułkę ostrzeżenia: "Szag w pieriot, szag na zad, szag w lewo, szag w prawo, po priedupreżdżeniu stój! - strelat budu". Ostrzegał nas, żebyśmy nie próbowali ucieczki, bo po ostrzeżeniu "stój", będzie strzelał. Po czym konie smagnięte batem ruszyły raźno w drogę.

Na całej kolonii Halczyna Dolina, jak długa i szeroka, przebiegały podobne czynności do naszych. Wszędzie słychać było płacz i lament, i bezskuteczne błaganie wygnańców o litość. Wyrwani z pościeli i przerażeni zaistniałym niebezpieczeństwem "kułacy i wrogowie ludu", wraz z całą rodziną, wyjeżdżali pod konwojem enkawuadzistów i ukraińskich aktywistów ze swoich zagród do Zborowa. Jedni jechali zasępieni, z powagą i smutkiem na twarzy i w oczach, inni płakali i żałośnie zawodzili spazmatycznym płaczem, żegnając się ze swoim domem, który stworzyli sobie kosztem wielu wyrzeczeń, niespełna rok temu.

Nad całą kolonią zawisła groza, w historii Polski dotąd niespotykana. Takiego gwałtu i bezprawia świat cywilizowany nie znał. Gnani byliśmy z własnych domów i z własnej Ojczyzny, niczym Żydzi z Palestyny. Cała kolonia z wielkim płaczem i łkaniem ruszyła gęsiego, podwoda za podwodą na zachód.

Nasza sąsiadka, pani Bartnik, była już w dość zaawansowanej ciąży, a wyprowadzona siłą przez oprawców wciąż mdlała i osuwała się na ziemię pokrytą grubą warstwą śniegu. Jej mąż tracił z tego powodu panowanie nad sobą i nie wiedział, co ma robić, czy pomagać cucić mdlejąca żonę, czy szykować coś na drogę w ramach 30 kg. w rezultacie ani z jednego, ani z drugiego nie wywiązywał się należycie. Całe szczęście w nieszczęściu, że syn Czesław z pierwszego małżeństwa nie stracił całkiem głowy i jedynie on zdążył wziąć coś niecoś z pościeli, ubrań i żywności na drogę. W tym wielkim dramacie i zamęcie ich pies, którego wabili Kruczek, a którego przywieźli ze sobą spod Szczebrzeszyna, jak gdyby wyczuł psim instynktem grozę, cały czas wył i szczekał, co jeszcze bardziej dodawało groźnego i ponurego nastroju.

Sąsiedzi, państwo Kałuszkowie, mieli czworo małych dzieci i matkę staruszkę, i u nich właśnie wysiedlanie miało przebieg nadzwyczaj dramatyczny. Sam pan Kałuszka był człowiekiem spokojnym i zachowywał się, powiedziałbym, flegmatycznie. Ale jego żona, jak każda matka w obronie dzieci i szczęśliwego gniazda rodzinnego, wpadła w popłoch i w panicznym płaczu połączonym z furią jakby zdziczała. Już nie panowała nad sobą i wszystko co wpadło w jej ręce, rwała i rozwalała, ciskała gdzie, i w kogokolwiek popadnie. W tym swoim zdziczeniu i lamencie krzyczała, żeby dzieci uciekały. Więc te posłuszne matce rozbiegły się jak spłoszone owce w różne strony zabudowań. Rozpoczęło się więc polowanie na wrzeszczące z popłochu dzieci. To jednak nie zmieniło sytuacji tej rodziny. Ukraińcy pochwytali dzieci i posadzili je na sanie, a Kałuszkową związali i siłą położyli też na sanie. Najłatwiej było schwytać małego Władka, bo chłopak był od urodzenia kaleką, miał jedną nóżkę krótszą i nie był w stanie biec tak szybko jak pozostałe rodzeństwo. Pamiętam, że całą drogę od domu do stacji kolejowej w Młynowcach, Kałuszkowa nie to, że lamentowała, ale wprost wyła już nieludzkim głosem. Dojeżdżając do stacji była już tak ochrypnięta, że wydawała z siebie jakieś dzikie porykiwania podobne do porykiwań łosi na rykowisku. Ich babcia, Kałuszki matka, chorowała na astmę i wciąż dusiła się w spazmatycznym kaszlu połączonym z płaczem. A tak była wylękniona i załamana psychicznie, że wszystkich się bała i nawet znajomych nie poznawała. Wzbraniała się przed ich zbliżeniem do niej.

Państwo Lewandowscy, jak mi się wydaje, zachowali się dość poważnie. Jechali z minami obojętnymi, jak po zastrzyku uspakajającym. A przecież mieli troje dzieci, dwoje pierwszych było już wprawdzie dorosłymi, ale najmłodsza Kasia była w wieku przedszkolnym. Mimo to los dzieci na pewno nie był obojętny rodzicom.

Państwo Maria i Jan Trembulakowie rok przed deportacją wrócili z Ameryki, dokąd los ich rzucił na kilkanaście lat, jeszcze jako młode małżeństwo z biednej Galicji "za chlebem" za wielkie wody i tam pracowali oboje u farmera jako parobcy. Po powrocie do kraju kupili sobie za zaoszczędzone dolary 25 hektarów pola, na Halczynej Dolinie. Tu, za Dębem zdążyli już wybudować piękny, jak na ówczesne czasy i warunki, dom w stylu amerykańskim oraz oborę i stodołę. A wszystko to z czerwonej cegły i pokryte białą, ocynkowana blachą. Ich budynki wyraźnie kontrastowały z drewnianymi budynkami kolonistów przybyłych z Lubelszczyzny. Pani Trembulakowa była, pamiętam, osobą bardzo energiczną i o ogromnej tuszy, przez całą drogę do stacji była trzymana przemocą na saniach. Dzieci na szczęście w tym czasie nie mieli.

Rodzina państwa Bibułów miała dwie córki, a jedyny ich syn dojeżdżał co dnia do gimnazjum w Zborowie. I w tym feralnym dniu, nic nie przeczuwając, wstał jak zwykle o świcie i przed wkroczeniem NKWD pojechał do szkoły. I z tego powodu cała rodzina, a szczególnie matka, rozpaczała beznadziejnie. W tych okolicach jeszcze nikogo nie zdążyli poznać, a dalsza rodzina została tam na rodzinnej Lubelszczyźnie. Obawiali się więc o los 15-let-niego syna, grożący ze strony sowietów, a najbardziej obawiali się ukraińskich nacjonalistów. Nie wiem, jaki los spotkał tego chłopaka, kto go przygarnął i zaopiekował się nim. Tak więc bezprawna deportacja pogmatwała ludziom życie i doprowadziła do wielkich dramatów w wielu polskich rodzinach.

Najstarsza córka państwa Pikułów, po przeprowadzce z województwa lubelskiego na kolonię Halczyna Dolina, poznała tu chłopaka, tu się młodzi pobrali i tu w parę dni przed deportacją młoda mężatka urodziła dziecko. Młody mąż i tatuś nazywał się Władysław Kowal, był synem tzw. "polowego" w służbie hrabiego Wodzickiego. Rodzina Kowalów była narodowości ukraińskiej. Jak się domyślaliśmy, Ukraińcy byli wtajemniczeni w plany deportacji Polaków. Dzień przed wywózką Władek zniknął z domu i w ten sposób uniknął deportacji. Ale trzeba być wielkim łotrem, żeby postąpić w tak perfidny sposób, jak postąpił on, jako mąż i ojciec dziecka, tylko dlatego, że żona była Polką. Sam uniknął deportacji, ale rodziny nie ostrzegł i młoda matka przeżyła z tego powodu wielki dramat.




Władysław Strąg:
Z Halczynej Doliny na posiołek Kaban II

 

 

następna
część




 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Mira S dnia grudzień 07 2009 22:00:24
Jestem pod ogromnym wrażeniem wspomnień Władysława Strąga "Z Halczynej Doliny na posiołek Kaban II", z którymi to zetknęłam się dzisiaj po raz pierwszy i właśnie przed chwilą skończyłam czytanie tej lektury.
Szczególnie poruszona jestem fragmentem opisu, który w części jakby dotyczył mnie i mojej rodziny, ale jednocześnie zawiera kilka zasadniczych nieścisłości (jeżeli dotyczy rzeczywiście losów najstarszej córki mojego Dziadka - Pikuły)
Otóż Pikuła z Halczyny - Doliny miał dwie córki, a jedna z nich - starsza- rzeczywiście wyszła za mąż za "miejscowego chłopaka", ale ślub miał miejsce nie na Podolu, ale w Starym Zamościu, w lubelskim oraz zięć Pikuły nie nazywał się "Władysław Kowal",ale "Włodzimierz Skoczylas" a zatem albo opis nie dotyczy córki Pikuły, albo podane informacje są nieprawdziwe.
Ponadto nieprawdą jest, iż Władysław Kowal, rzekomy zięć Pikuły zam. w Halczynie Dolinie opuścił dom teścia i swojej żony w przeddzień deportacji.
Podaję to sprostowanie z uwagi na pamięć Rodziców oraz jako korektę faktów, i nie ma to charakteru korygowania wspomnień Pana Strąga.
Nie mniej jestem wdzięczna za tak wiele informacji dotyczących okoliczności zesłana mojej rodziny i mnie 10 lutego 1940 z domu mojego Dziadka Stanisława Pikuły z Halczyny- Doliny na Sybir.
Moje uwagi dotyczą niżej podanego fragmentu wspomnień Pana W.Strąga:
"Najstarsza córka państwa Pikułów, po przeprowadzce z województwa lubelskiego na kolonię Halczyna Dolina, poznała tu chłopaka, tu się młodzi pobrali i tu w parę dni przed deportacją młoda mężatka urodziła dziecko. Młody mąż i tatuś nazywał się Władysław Kowal, był synem tzw. "polowego" w służbie hrabiego Wodzickiego. Rodzina Kowalów była narodowości ukraińskiej. Jak się domyślaliśmy, Ukraińcy byli wtajemniczeni w plany deportacji Polaków. Dzień przed wywózką Władek zniknął z domu i w ten sposób uniknął deportacji. Ale trzeba być wielkim łotrem, żeby postąpić w tak perfidny sposób, jak postąpił on, jako mąż i ojciec dziecka, tylko dlatego, że żona była Polką. Sam uniknął deportacji, ale rodziny nie ostrzegł i młoda matka przeżyła z tego powodu wielki dramat.
Remek dnia grudzień 09 2009 17:59:26
Witam Pani Miro.

Bardzo dziękujemy za komentarz i nowe, ciekawe informacje.

Niestety, Autor tych wspomnień - p. Władysław Strąg - oraz p. Antoni Worobiec, który opracowywał książkę "Nasz kresowy dom..." - obaj już nie żyją. Nie można już więc Ich dopytać, wyjaśnić nieścisłości - czy też skorygować błędów w następnym wydaniu książki. Bo, najprawdopodobniej, drugiego wydania już nigdy nie będzie.

Nie wiem, czy się kiedykolwiek dowiemy, czy są to jakieś całkowicie nieprawdziwe informacje (np. jakaś "czarna legenda" krążąca wśród dawnych mieszkańców Halczynej Doliny) czy też tylko nieścisłości polegające na pomyleniu osób i błędnemu przypisaniu pokrewieństwa z tą rodziną.

Autorowi jesteśmy bardzo wdzięczni za relację i mnóstwo unikalnych informacji o Halczynej Dolinie i zesłaniu. Niewiele ich, a o Halczynej Dolinie to chyba jedna jedyna. Przypuszczam też, że nie chciał nikogo urazić - we wspomnianym fragmencie po prostu zapisał historię, która w takim brzmieniu krążyła w opowiadaniach członków jego rodziny. Inna sprawa, że we fragmentach (lub całości) mogła to być historia nieprawdziwa.

Nie bardzo wiem, co z tym teraz począć. Usunąć ww. fragment z cytatu? Z drugiej strony jednak w relacji pana Strąga występuje inne imię i inne nazwisko owego polowego Wodzickich. A osoba o takim imieniu i nazwisku na pewno w Olejowie występowała, choć bliższych informacji o niej nie mamy. Więc z Pani uzupełniającą relacją w komentarzu - czyli sprostowaniem - możemy nie łączyć go z rodziną Pikułów.

I smutna prawda - odchodzą już ci, co wiedzieli. Coraz więcej jest spraw, w których nie możemy dopytać / wyjaśnić / poprosić autorów o sprostowanie błędów. Ale trzeba to robić samemu, jeśli mamy wiedzę, jeśli widzimy błąd, a szczególnie duży.


Pozdrawiam
Remigiusz Paduch, administrator strony "Olejów na Podolu"
Mira S dnia grudzień 09 2009 23:17:55
Witam i dziękuje za wypowiedź, ale ja nie napisałam mojego komentarza dlatego ażeby coś wykreślać z cytowanej książki, tylko podzieliłam się moją wiedzą, która na ten temat przekazywali mi członkowie mojej rodziny. I absolutnie nie oczekuję żadnego wykreślania, czy też skreślania etc. A swoją drogą jest to dowód na to, jak wiele wersji może krążyć w świecie na temat tych samych faktów; dlatego też im więcej różnych wypowiedzi o tych samych sprawach, i to wypowiedzi czasami diametralnie różnych, tym szersze będzie nasze spojrzenie na czasy minione. Ja jednak mam ciągle nadzieję, że to "Forum" pomoże mi trafić na ślad zaginionego mojego Ojca... Bardzo na to liczę i czekam nadal na każdą informację, która może mnie do tej wiedzy przybliżyć. I jeszcze raz dziękuję za włączenie mnie do odchodzącej już przeszłości, ale jednak ciągle żywej poprzez następne pokolenia. Jestem pod wielkim wrażeniem wykonanej pracy przez Panów administrujących/tworzących tę stroną. Pozdrawiam serdecznie, Mira S.
Ziombra dnia luty 10 2011 00:31:58
Tym samym transportem z miejscowości Młynowce zostali wywiezieni Jordan Ziombra (1880r.) z żoną Anielą, synem Jordanem (1918r.) i córką Katarzyną (1923r.) Dziadek wspominał, że skład wagonów długo czekał na swoich ,,przymusowych podróżników" na stacji w Młynowcach oraz że jakiś jego kolega policjant ukraiński zapytany przez dziadka o te długo stojące wagony odpowiedział czekają na Was. Dziadkowie po długiej podróży wylądowali w okolicach Krasnouralska, posiołek Chimik gdzie pracowali w kopalni miedzi.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2019