dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1707

Artykuły z naszej strony
były czytane
3327099 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
[źródło: "Kazimierz Olender, "Zapamiętane z dzieciństwa". Sanok 2000, Agencja Wydawnicza "Drukiem".]
.

Już około 5.00 rano zaczęliśmy pakować swoje rzeczy. W niewielkiej odległości rozbrzmiewały jeszcze wystrzały z broni maszynowej. Rozpoznaliśmy, że strzelali Sowieci. Wyszliśmy na chwilę na drogę do Trościańca, żeby zobaczyć, co się dzieje. Nagle spostrzegliśmy przemykających się wzdłuż rowów dwóch rosyjskich żołnierzy. Kobieta i mężczyzna, oficerowie, skierowali swoje pepesze w naszą stronę. Nawet nie mieliśmy siły uciekać. Dotychczasowa tułaczka spowodowała, że byliśmy już zmęczeni i zobojętnieliśmy na wszystko. Podeszli do nas. Kobieta była ubrana w lekki mundur, a za żołnierskim pasem zatknięte miała granaty. Była zdenerwowana, a na twarzy miała wypieki. Pozdrowiliśmy ich po rosyjsku, a oni odpowiedzieli. Żołnierz zapytał, czy są tu jeszcze Niemcy. Kiedy tato odpowiedział, że tu w pobliżu już ich nie ma, zapytał się jeszcze, czy Trościaniec jest już wolny i czy możemy wracać do domu. Oficer odpowiedział, że tak, a stąd mamy uciekać jak najszybciej, bo dzisiaj właśnie tu będzie przebiegała linia frontu.

Wpadliśmy do mieszkania i gorączkowo zaczęliśmy zbierać spakowane tobołki. Ojciec rozdawał polecenia. Mnie nakazał wziąć krowy, naszą i ciotki Stefki. Także Stasio Dajczak z folwarku, Franio Kusiak i jego brat Władek mieli pędzić swoje krowy przez Łopuszany. Wyszliśmy. Po drodze widzieliśmy poprzewracane niemieckie motocykle, a dalej samochody. Na drodze pojawiła się radziecka piechota posuwająca się całą szerokością drogi w ślad za patrolem, który wcześniej spotkaliśmy. Musieliśmy się między nimi przeciskać. Niektórzy przepuszczali nas, a inni kazali usunąć się z drogi. Poszliśmy więc przez ogrody, sady i pola. Dotarliśmy do krzyżówki i tam na drodze zastał nas okropny widok. Wszędzie wokół leżały trupy niemieckich żołnierzy. Było ich około pięćdziesięciu. Ciała leżały w nieładzie, niektóre były okrwawione, bose. Inne wyglądały tak, jakby żołnierze spali.

Z krowami musieliśmy przejść pomiędzy trupami. Nasza starsza i spokojniejsza krowa dała się prowadzić, ale krowa cioci za nic nie chciała przechodzić. Ciągnąłem ją za sznurek co sił, ale ona była silniejsza ode mnie. Wtem któryś z chłopców popchnął ją od tyłu, krowa przeskoczyła przez trupy, a ja przewróciłem się na nie. Poderwałem się jak oparzony, mając wrażenie, że martwe ciało poruszyło się bezwiednie. Kilkakrotnie musiałem przychodzić koło ciał, ale starałem im się nie przyglądać. W pewnym momencie chyba Stasio z folwarku krzyknął:

- Patrzcie, tu leży Romek Ślązak!

Podszedłem bliżej i istotnie, ku swemu przerażeniu, rozpoznałem naszego miłego znajomego.

Opuściliśmy wreszcie to straszne miejsce kierując się wąwozem w kierunku Łopuszan. Znałem tę drogę na pamięć, bo chodziłem tędy dziesiątki razy do niemieckiej kuchni polowej i Mongoła. Ale gdy wyszliśmy z wąwozu, teren stał się dla mnie zupełnie obcy. Tak daleko nigdy się wcześniej nie zapuszczałem. Tam zauważyliśmy kolejne kolumny sowieckiego wojska, które idąc całą szerokością drogi zepchnęły nas pomiędzy drzewa. Kiedy byliśmy już około 2 km za Hukałowcami usłyszeliśmy serie wystrzałów z broni maszynowej i artylerię. Spojrzeliśmy w górę. Niebieskie niebo przysłoniła ogromna eskadra bombowców osłaniana przez myśliwce. Huk był nie do zniesienia, nie słyszeliśmy żadnego swego słowa. Droga zwolniła się dopiero przed Łopuszanami. Tam poczuliśmy nieprzyjemny swąd spalenizny i naszym oczom ukazały się dogorywające zabudowania. Było bezwietrznie, duszno. Niebo lekko się zachmurzyło. Dym niemiłosiernie gryzł nas w oczy i drażnił gardła. Gdzieniegdzie widzieliśmy ludzi starających się uratować pozostałości swoich domów. Do dziś stoi mi przed oczami palący się dom stojący na wysokiej skarpie.

W pewnej chwili krowa cioci silnie mną szarpnęła przeskakując na drugą stronę rowu. Trzymałem ją z całej siły za sznurek i w ten oto sposób wylądowałem w rowie. Nagle spostrzegłem jak z tej wysokiej skarpy toczy się ku drodze płonąca płatew. Gdyby nie szarpnięcie krowy, żar poważnie poparzyłby mi bose stopy.

Ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku Olejowa. Droga na Zborów zajęta była przez maszerujące sowieckie wojska. Udało nam się przedrzeć pomiędzy kolumnami. Poszliśmy przez łąki do wsi Białokiernica. Po pewnym czasie stanęliśmy na podwórku szkoły w Białokiernicy. Szkoła znajdowała się na wzniesieniu, skąd mieliśmy dobrą widoczność na północ. Nagle nadleciała kolejna eskadra. Potem jeszcze jedna. Straszny huk zupełnie nas ogłuszał. Wlepiając oczy w samoloty, spostrzegliśmy dwa lub trzy szybujące w górze balony z koszami, przymocowane liną do ciężarówek, w których siedzieli obserwatorzy z lornetkami. Usłyszeliśmy wystrzały. Nie wiedzieliśmy, kto i skąd strzela.

Moi kuzyni, Franio i Władzio Kusiakowie wbiegli w popłochu ze swoją krową do budynku szkolnego, chcąc uchronić się przed ewentualnym ostrzałem. Wtem rozległ się huk, część dachu wystrzeliła w powietrze i ukazały się kłęby białego dymu. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Pierwszą moją myślą było, że to samolot zrzucił bombę. Pomimo tego nie uciekaliśmy, tylko dalej siedzieliśmy na trawie, patrząc na pasące się krowy. Nawet nie mieliśmy chęci wejść do szkolnego budynku i sprawdzić, czy kuzynom nic się nie stało. Byliśmy głodni, zmęczeni i zobojętniali na wszystko dookoła. Gościńcem wciąż przejeżdżały samochody.

W pewnej chwili zauważyliśmy naszą głuchoniemą ciocię Anielę, która niosła na plecach Frania. Obydwoje płakali. Franiowi z ucha ciekła krew, twarz miał całą osmoloną. Okazało się, że wybuch spowodowała nie bomba, lecz mina, na którą nadepnęła krowa. Z tyłu popędzał ją Władzio. Mój kuzyn i jego krowa zostali rozerwani siłą wybuchu. Franio, który ciągnął zwierzę za sznurek został wyrzucony podmuchem i przeleciał przez okno budynku. Ciocia Aniela położyła Frania obok nas na ziemi. Ranny chłopiec stękał z bólu. Ktoś przyniósł mleko w garnuszku. Ciocia nalewała Franiowi płyn do ust. Nie pamiętam, czy zdołał się napić. Aniela ciągle płakała i pokazywała na szkolny budynek. Nie wiedzieliśmy, o co jej chodzi. Ja i Stasio wstaliśmy i poszliśmy obejrzeć szkołę. Podeszliśmy do korytarza. Zwisający sufit blokował wejście do środka. Za tym sufitem znajdował się mój martwy już kuzyn Władzio. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, przeraziłem się. Uciekliśmy stamtąd.

Aniela zaniosła Frania do jakiegoś domu, w którym byli ludzie. My popędziliśmy z naszymi krowami przez ogrody i łąki do gościńca. Tam przedostaliśmy się przez wąwóz i wspięliśmy się pod górę do trościanieckiej cerkwi. Zauważył to Sowiet stojący przy ciężarówce, do której przywiązany był balon obserwacyjny. Wrzasnął do nas:

- Zdjes nielzja! Miny!

Wróciliśmy na gościniec. Na drodze było coraz mniej samochodów. Szliśmy w kierunku Załoziec. Droga była podziurawiona lejami po pociskach. Kiedy nadjeżdżał kolejny samochód, musieliśmy wchodzić do rowu. W pewnej chwili Stasio wskazując na wzniesienie, powiedział, że z tej górki pewnie będzie już widać Trościaniec. Był tego widoku bardzo ciekawy. Ja w wyobraźni ujrzałem obraz naszej wsi. Była taka, jaką zostawiłem w marcu 1944 r.

Gdy wdrapaliśmy się na wzgórek, zobaczyliśmy część Trościańca. Był jednak zupełnie inny. Ruszyliśmy szybkim krokiem dochodząc do cmentarza. Tam nic się nie zmieniło. Po chwili stwierdziliśmy, że nie istnieją ogromne dworskie zabudowania. Wszystko zmieniło się nie do poznania. Z ruin spalonych domów wystawały kikuty kominów. Niektóre domy miały jeszcze resztki ścian. Te, które jeszcze stały, poorane były odłamkami pocisków. Nie widzieliśmy jeszcze nikogo, bo chyba przybyliśmy jako pierwsi.

Idąc przez wieś zobaczyliśmy, że więcej ocalałych domów było po prawej stronie, koło zabudowań Alojzego Olendra. Tam stacjonowali jeszcze rosyjscy żołnierze i ich konie. Koło domu naszego nauczyciela Jana Srokowskiego nie ostał się żaden budynek. Po prawej i lewej stronie wszystko było spalone. Ocalała natomiast mleczarnia i sklep koło niej, ale nasza szkoła przestała istnieć. Teraz dopiero było widać kościół jak na dłoni. Bardzo się zmienił. Ściany były pokaleczone odłamkami i pociskami. Ten sam los dotknął probostwo.

Nagle spojrzałem i nie uwierzyłem własnym oczom. Z daleka bielił się nasz ocalały dom. Stał osamotniony i wydawał się być tak blisko. Przedtem droga między kościołem a domem wydawała mi się dłuższa. Biegłem, co sił w nogach. Ocalało wszystko oprócz stodoły, z której pozostał tylko szkielet. Wszystkie deski poszły na umacnianie okopów i schronów. Rozejrzałem się. Ocalały jeszcze domy Jana Gałuszki i stryka Michała na "Klinie", a także dwa zabudowania Worobców i Krokosów-Mielników. Od młyna na prawo nie było już nic oprócz zwęglonych min. Patrząc na zachód widziałem wszystko aż do "Krzaków" i Zakarszemek.

Gdy byliśmy na mostku, blisko mojego domu, ciocia Kasia zauważyła brak swoich synów i krowy. Nie czekając, zapytała nas, gdzie są Franio, Władzio i krowa. Opowiedzieliśmy jej o nieszczęściu w Białokiernicy. Natychmiast tam pobiegła. Wróciła z niczym. Władzio i zwierzę zostali przysypani gruzami. Nikt nie odważył się wyciągnąć ciała w obawie przed kolejnymi minami. Moi rodzice również niepokoili się naszą nieobecnością. Okazało się, że byli już na miejscu, choć nie wiedziałem, którędy udało im się przejść szybciej niż nam. Tato powiedział, że szli przez Jasionki i Zakarszemki. Miejscami napotykali zasieki z drutu kolczastego, przez które przerzucali tobołki. W pewnym momencie zostali zatrzymani przez Sowieta, który zabronił im przechodzić ze względu na miny. Zdecydowali, że zaryzykują i szczęśliwie im się udało.

Nasz dom wydał mi się zupełnie inny. Prawie wszystkie większe szyby wyleciały, nie było drzwi. Tato znalazł je później w rosyjskich okopach i bunkrach. Sąsiedzi, szukając swych rzeczy znajdowali też nasze i przynosili je z powrotem. My odwdzięczaliśmy się tym samym. Całe nasze podwórze było skopane rowami. Okoliczne drzewa zostały spalone lub naszpikowane śladami po pociskach. Wszędzie leżały odłamki i niewypały. Widok iście opłakany.

Cały czas nad naszymi głowami przelatywały rosyjskie samoloty, a drogą maszerowało wojsko udające się na front. Jeden z sowieckich żołnierzy ulokował się koło domu i pilnował dziewięciu koni znajdujących się w naszej piwnicy. To on powiedział tacie, że nasz dom ocalał właśnie dzięki tym koniom. Tato podziękował mu za uchronienie domu przed zniszczeniem. Następnego ranka sołdata i koni już nie było. Pewnie też ruszyli na front.

Pierwszą noc po tułaczce spędziliśmy w pokoju, śpiąc na słomie. Gdy obudziliśmy się następnego ranka, zły sen okazał się rzeczywistością. Dookoła były same zgliszcza. Aż nie chciało się w to wierzyć. Po kilku dniach zaczęli powracać nasi sąsiedzi. Na widok popiołów i ruin wpadali w rozpacz. Co chwila było słychać płacz i lament. Mimo to każdy zabierał się do pracy, szykując w pośpiechu jakieś miejsce dla siebie. Ci, których domy zupełnie się spaliły, wykorzystywali na przejściowe mieszkanie piwnice i lochy albo z tego, co było pod ręką, budowali prowizoryczne szałasy. Naszymi najbliższymi sąsiadami byli: Katarzyna Trymbulak - Capicha wraz z rodziną Kusiaków, którzy zamieszkali w lochu i szałasie, Antoni Strąk, który, podobnie jak Rozalia Grodzieńska, ulokował się w lochu i rodzina Wojtynów i Sudali, którzy zbudowali sobie szałasy. Podobnie poradziło sobie wielu naszych sąsiadów.

Tymczasem pod Złoczowem Niemcy wciąż stawiali opór. Przeciwko nim szybkim marszem podążały na front wojska rosyjskie. Obserwowaliśmy przechodzące koło naszego domu kolumny. Żołnierze byli raczej smutni i zmęczeni, ale kazano im śpiewać. Słońce tego dnia grzało niemiłosiernie. W pewnej chwili z maszerującej kolumny wysunął się starszy, około pięćdziesięcioletni szeregowiec. Kiedy zauważył to prowadzący oddział oficer, kopniakiem wepchnął żołnierza do szeregu. Zrobiło nam się go żal. Ktoś zaproponował, żeby przynieść dla maszerujących wiadro wody. Jedni nabierali wodę do menażek, a inni dziękowali skinieniem głowy.

Kolumny przechodziły ponad pół dnia. Po dwóch dniach przez Trościaniec zaczęli przewozić ciężej rannych. Ci, którzy odnieśli tylko lekkie rany, szli do Załoziec pieszo. Tato podszedł do jednego z żołnierzy i zapytał, gdzie został ranny. Ten odpowiedział, że w walkach pod Złoczowem. Powiedział też, że Niemcy nie stawiali długo oporu. Sowieci zdołali zająć Lwów. W Trościańcu panowała względna cisza, tylko nad naszymi głowami wciąż tam i z powrotem latały samoloty.

W celu rozminowania okolicy, a szczególnie dróg, przysłano oddział saperski. Na początku było ich piętnastu, a po paru tygodniach została tylko połowa. Zresztą nie tylko oni padli ofiarą niewybuchów i min. W Trościańcu coraz częściej słyszało się o kolejnych wypadkach, a śmierć zbierała żniwo. Pewnego dnia Stasio Worobiec rozbrajał pocisk artyleryjski odłączając pocisk od łuski. Nastąpił wybuch i rozniósł go na kawałki. Nieco oddalony od kolegi Karol Strąk, syn Antoniego, został ciężko ranny. Po przeniesieniu go do domu - zmarł. W ciągu jednego dnia odbyły się dwa pogrzeby. Świadkiem zdarzenia był też Franio Bil, syn Piotra. Został tylko lekko ranny, a to dzięki temu, że pobiegł po oddalające się krowy. Rodzice zabronili paść krowy mnie i bratu. Zadanie to przypadło naszym starszym siostrom. Mnie mama nie spuszczała z oka surowo zakazując wędrówek po okopach i bunkrach.

W sierpniu 1944 r. wystąpiła kolejna fala wypadków. Przy manipulowaniu przy minie przeciwpiechotnej dwie ręce stracił Stasio Kusiak - Kosieczyna, w wyniku czego po kilku dniach zmarł. Potem jego stryjek pasł krowy na polu i w pewnym momencie podniósł coś z ziemi. Nastąpił wybuch, który skaleczył mu palce u rąk. Następną ofiarą była matka Stasia, która na polu podniosła coś w kształcie szkolnego piórnika. Ciekawość okupiła poranieniem rąk.

Kiedy nastały żniwa, wszyscy bali się iść kosić i żąć, bo miny mogły być wszędzie. Jedną z ich kolejnych ofiar był Janek Bil, syn Piotra, który podczas koszenia natknął się na minę. Zraniła mu ona obie nogi tak poważnie, ze młody człowiek zmarł w drodze do załozieckiego szpitala. Pamiętam jeszcze jego zgruchotane nogi i otwarte rany. Zginął także Kazio Półtorak, który próbował rozbroić minę. Były to wypadki, które przytrafiły się mieszkańcom naszego końca wioski. W całym Trościańcu było ich wiele więcej.

Tymczasem na północnym zachodzie od Trościańca, w okolicy Równego, trwały jeszcze zaciekłe walki. Tam Rosjanie wzięli do niewoli kilka niemieckich dywizji. Po kilku dniach prowadzili jeńców przez Trościaniec. Miałem wrażenie, że los się odwrócił, przypominając sobie ogród Gałuszki w lipcu 1941, kiedy to siedziało tam mnóstwo sowieckich jeńców, Przyglądaliśmy się Niemcom. Co chwilę któryś z nich wołał nas po polsku i zdejmując buty i skórzane pasy prosił o kromkę chleba. Pobiegłem więc do domu po chleb i dałem go proszącemu. W zamian dostałem trzewiki. Inni, widząc to, też już trzymali swe buty w rękach. Jedna z kobiet wyniosła gar ugotowanych w łupinach ziemniaków i podeszła do jeńców. Ci w okamgnieniu rozchwytali wszystkie. Obserwujący to zdarzenie Sowiet w skórzanym, świecącym płaszczu, wrzasnął nagle:

- Oni wam spalili całą wieś, a wy dajecie im jeść!

Po około dwóch godzinach padła skierowana do jeńców komenda "powstań". Nie wszyscy byli w stanie iść o własnych siłach, bo byli wśród nich ranni. Niektórzy poobwijali swe rany powrósłem ze słomy. Sowieci konno eskortowali jeńców na wschód.

Mniej więcej wówczas dowiedzieliśmy się, że front zatrzymał się na Sanie i Wiśle, a urzędy przejęła radziecka władza. U nas znów dali o sobie znać banderowcy i ponownie musieliśmy zorganizować warty. Tym razem nie brakowało nam broni i amunicji. Można ją było zdobyć dosłownie wszędzie. Ceną były jedno jajko lub czapka dobrych jabłek. Broń mieli wszyscy i pewnego wieczoru miała miejsce wielka strzelanina, która trwała do późnej nocy.

W kilka dni później, kiedy ja pasłem krowy na "Krągłem", moje siostry żęły żyto na "Łanie". Tam zobaczyły zabitego rosyjskiego żołnierza, przy którym leżał karabin maszynowy. Usłyszawszy to, wymknąłem się z domu i pobiegłem na "Łan". Podszedłem do trupa i przypatrywałem mu się. Musiał ponieść śmierć na przełomie maja i czerwca 1944 r. Zastanawiałem się, dlaczego podczołgał się tak blisko niemieckich okopów. Został trafiony kulą w środek czoła. Postanowiłem wydobyć spod niego karabin. W momencie, kiedy mi się to udało, natychmiast pobiegłem do domu. Tam zabrałem się do mycia i czyszczenia. Karabin nieco śmierdział trupim odorem. Sprawdziłem, czy w lufie jest prześwit, naoliwiłem ją i przetarłem wyciorem. Zamek był nieco przerdzewiały, ale funkcjonował. Skończyłem już po zachodzie słońca. Koniecznie musiałem wystrzelić choć jeden nabój. Poszedłem do pasieki i ulokowałem się w okopie. Drżącą ręką pociągnąłem za spust i rozległ się wystrzał. Zajęczało mi w uszach. Zdecydowałem się założyć krążek z kompletem 48 naboi. Schowałem się w okopie, nogami zaparłem się o jego ścianki i wystrzeliłem serię.

Po tym wyczynie schowałem broń w okopie i poszedłem do domu. Na drugi dzień zdecydowałem się przynieść karabin do domu, ale tak, żeby nikt mnie nie zauważył. Kiedy chowałem go pod łóżko, mama to zobaczyła. Później zjawił się u nas Jasio Dzik z radzieckim oficerem i powiedział, że u nas jest polimiot. Mama odpowiedziała, że owszem, leży pod łóżkiem. Wzięli moją broń, a oficer zaśmiał się do mnie:

- Tjebja jeszczo nie nada, ty maljeńkij.

Kiedy poszli, zrobiło mi się żal. Tylko mama cieszyła się, że karabin zniknął z naszego domu.

Tymczasem dookoła grasowały ukraińskie bandy. Mordowały Polaków, a nawet rosyjskich żołnierzy. W Hukałowcach Ukraińcy zabili naszych dobrodziejów - Janka, Karola i Michała Burghardów. Piotr zdążył uciec. W innych miejscowościach ludzie organizowali obronę. M.in. w Załoźcach powstał tzw. "istribitielnyj batalion", do którego mogli wstępować także Polacy. Znalazł się w nim także mieszkający wcześniej u nas Bronek Tymrakiewicz. Miał wtedy 17 lat. Widziałem ten batalion późną jesienią 1944 r. Maszerował on przez naszą wieś w kierunku Manajowa. Było w nim ok. 50 osób, a między nimi Bronek.

Banderowcy bali się jeszcze podchodzić do Trościańca. Bali się zaminowanych pól i naszych straży na drogach.

My oddaliśmy nasz duży pokój na wartownię. Ja i inni chłopcy urządziliśmy sobie wartownię w lochu u stryka Michała na "Klinie", gdyż był to dość wysunięty punkt. Miałem do dyspozycji rosyjski karabin, ale naboje trzeba było oszczędzać, bo w okopach ich już nie było lub przysypał je śnieg. Na dowódcę wybraliśmy Stasia Dajczaka, bo był spośród nas najstarszy. Nasze czaty nocą traktowaliśmy bardzo poważnie. Jeden pełnił wartę na zewnątrz, a reszta siedziała w lochu. Trwało to kilka dni. Potem nasi ojcowie zabronili nam pełnić warty, więc chodziliśmy do lochu ot, tak i tam sobie strzelaliśmy. Strzały oddawaliśmy zawsze w kierunku Manajowa, a pomiędzy zwykłymi pociskami umieszczaliśmy świecące. W nocy można było doskonale obserwować skąd i dokąd lecą.

Prawie co dnia z folwarku manajowskiego przychodziła do naszego domu wujna Budniczka, która była wdową po zamordowanym Józefie Dajczaku i nazywaliśmy ją tak od jej panieńskiego nazwiska Budnik. To ona powiedziała nam, że na widok świecących pocisków przelatujących koło Manajowa Ukraińcy uciekli, myśląc, że to Polacy idą. Jakaż była nasza radość z faktu, że pogoniliśmy banderowców.

Pewnego grudniowego dnia 1944 r. byłem sam w naszym lochu u stryka Michała. Nagle spostrzegłem wujnę Budniczkę wychodzącą od nas. Pomyślałem, że ją dla uciechy przestraszę. Ponieważ była okryta dużą ciemną chustą, było ją świetnie widać na tle białego śniegu. Poczekałem, aż odejdzie nieco dalej i gdy znajdowała się na "Sianorzęciach" oddałem w jej kierunku trzy lub cztery starzały. Nagle postać wujny zniknęła. Mimo, że celowałem ponad głową dopadło mnie złe przeczucie, że mogłem trafić. W tym momencie poczułem, że ktoś łapie mnie za kołnierz i nogawkę, podnosi w górę i daje parę klapsów w tyłek. Tym człowiekiem był Piotr Bil, który poszedł po wodę do studni i cały czas obserwował moje poczynania; Zabrał mi karabin i kazał wracać do domu.

Po paru godzinach na wartę wybierał się tato. Wychodząc zapytał, gdzie się podział karabin. Powiedziałem mu, kto mi go zabrał, ale nie wspomniałem o moich wyczynach. Tato dowiedział się o nich od Piotra Bila, kiedy poszedł do niego po skonfiskowaną broń. Rano ojciec obudził mnie i nakrzyczał. Powiedział, że może zabiłem wujnę i kazał szybko lecieć w tamtym kierunku. Pobiegłem i jakąż ulgę poczułem, gdy na miejscu nie odnalazłem nikogo. Wtem zobaczyłem wujnę na horyzoncie. Szybko wróciłem do domu. Wujna odwiedziła nas ponownie. Kiedy na nią patrzyłem, czułem okropne wyrzuty sumienia. Wtem powiedziała, że wczoraj po południu ktoś za nią strzelał i słyszała tylko przelatujące jej nad głową naboje. Tato nie odezwał się, tylko z wyrzutem spoglądał na mnie. Od tej pory unikałem kontaktu z bronią. Przynajmniej przez jakiś czas.

Po tygodniu lub dwóch jeden z kolegów dał mi taki sam karabin, lecz bez drewnianej kolby. Postanowiłem wypróbować go u stryka. W stodole kotka miała kilka kociąt, wycelowałem więc w nie, trzymając żelaziaka blisko twarzy. Wiedziałem, że karabin bez kolby mocno kopie. Kiedy pociągnąłem za spust, koty rozbiegły się. Żadnego nie trafiłem za to żelaziak kopnął mnie, porządnie rozcinając wargę i naruszając ząb. Wypuściłem karabin z rąk, chwyciłem się za bolące miejsce i wyszedłem przyłożyć śnieg do rany. Gdy wszedłem do domu ktoś zauważył spuchniętą wargę. Powiedziałem, że upadłem na lód.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Po okolicy zaczęły krążyć pogłoski, że Ukraińcy szykują się, żeby je nam "umilić". Wszyscy mieszkańcy wzmogli czujność. Na szczęście było spokojnie i nawet pasterka przebiegła bez nieprzyjemnych incydentów. W Trościańcu było niewielu mężczyzn, ale pod dostatkiem broni i Ukraińcy wiedzieli o tym. Pamiętam, że jeszcze przed świętami przyjeżdżali do nas ukraińscy chłopi skupując każdą ilość plew zbożowych. Mówili, że to dla głodnych krów, które wszystko zjedzą. Potem okazało się, że plewy służyły do ocieplania schronów ukraińskich band.

Banderowcy wciąż byli aktywni. Wymordowali prawie całą rodzinę Olendrów z Hnidawy. Nie byli to nasi krewni, ale ta wiadomość mocno nami wstrząsnęła. Jeszcze w grudniu dotarła do nas inna tragiczna wiadomość. Zamordowana została nasza wujna Budniczka i jej córka Aniela. Banderowcy zaczęli rozbierać zabudowania jej szwagra Franka. Wujna miała powiedzieć do rabusiów, że kiedyś o tym doniesie. Została zabita, mimo że sama była Ukrainką. Następnego dnia w południe wybrała się do domu wujny pani Bielecka, która wcześniej mieszkała na folwarku hnidawskim, ale potem wraz z mężem schroniła się w Trościańcu przed bandami. Kiedy weszła do mieszkania wujny odkryła zwłoki jej i Anieli. Obie zostały zastrzelone i przykryte szmatami i pierzynami.

Dwa lata później mój tato miał dziwny sen. Śniło mu się, że rozmawia z wujną. Zapytał ją, kto ją zamordował. Wujna odpowiedziała, że Sączek spod lasu. Po pewnym czasie ojca odwiedził pan Nogas urodzony w Hnidawie. Tato opowiedział mu swój sen. Pan Nogas na to:

- Franio, pamiętasz takich dwóch Ukraińców, którzy prawie co dzień przychodzili do Trościańca z Manajowa? Jeden był wysoki, a drugi średniego wzrostu, ubrany w kurtkę, zielone spodnie i buty z cholewami. To właśnie był morderca.

Tato przypomniał sobie, że ów człowiek nazywał się Sondek, a nie Sączek. Mimo wszystko był przekonany, że wujna przemówiła do niego we śnie.

W samą wigilię 1944 r. wydarzył się we wsi tragiczny incydent. Starszy syn Srokowskiego nieumyślnie zastrzelił swego kolegę - Stasia Gruntowskiego. Młody Srokowski wyszedł przed dom, żeby sobie postrzelać z karabinu. Włożył do komory nabój, ale ten po trzykrotnej próbie nie wystrzelił. Srokowski wszedł więc do mieszkania i wierząc, że i tym razem nabój nie wystrzeli, przyłożył lufę do czoła kolegi. Karabin wystrzelił i zabił Stasia. Parę dni później ten sam Srokowski chciał rzucić granatem przeciwczołgowym. Gdy wyciągnął zawleczkę zbyt długo przetrzymał go nad głową. Nastąpił wybuch, który pozbawił go życia. Widziałem go po śmierci i pamiętam jego spaloną skórę i włosy.

Już późną jesienią 1944 r. zaczęły się roznosić pogłoski o przesiedlaniu Polaków do centralnej Polski. Wtedy jeszcze nic nie wiedzieliśmy o Jałcie. Potem ludzie zaczęli jeździć do powiatu i województwa z dokumentami w celu uzyskania karty ewakuacyjnej. Kiedy jesienią tato zasiał trochę oziminy, ludzie śmiali się z niego, że robi coś, z czego i tak nie zdąży zebrać plonu. Tato bronił się mówiąc, że to on będzie się śmiał, jeśli nas nigdzie nie wywiozą. Tymczasem coraz więcej ludzi zaczęło wyjeżdżać całymi rodzinami. Mówiono, że wywiozą nas, aby w ten sposób chronić przed banderowcami. Mieliśmy wrócić po wojnie. Jednak większość orzekła, że nigdzie się nie ruszą tylko będą się bronić do końca. Pewnego ranka sąsiedzi Jaśka Półtoraka - Kłyma stwierdzili, że jego dom jest pusty. Kłym uciekł w nocy wraz z rodziną. Zezłoszczeni sąsiedzi wybili mu wszystkie okna.

Kiedy nastał Nowy Rok 1945, nikt już nie miał Kłymowi za złe ucieczki, bo prawie wszyscy otrzymali karty ewakuacyjne. Ciocia Stefka z Władzią i ciocią Marysią wyjechały pierwszym transportem.


****
KONIEC CZĘŚCI DZIEWIĘTNASTEJ




poprzednia
część

 

 

Kazimierz Olender:
Zapamiętane z dzieciństwa

 

 

następna
część




 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2018