dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Strona główna ˇ Artykuły ˇ Galeria zdjęć ˇ Forum strony Olejów ˇ Szukaj na stronie Olejów ˇ Multimedia
 
isa, dnd.rpg.info.pl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Nawigacja
Strona główna
  Strona główna
  Mapa serwisu

Olejów na Podolu
  Artykuły wg kategorii
  Wszystkie artykuły
  Galeria zdjęć
  Pokaz slajdów
  Panoramy Olejowa 1
  Panoramy Olejowa 2
  Panoramy inne
  Stare mapy
  Stare pocztówki Olejów
  Stare pocztówki Załoźce
  Stare pocztówki inne
  Stare stemple 1
  Stare stemple 2
  Multimedia
  Słownik gwary kresowej
  Uzupełnienia do słownika
  Praktyczne porady1
  Praktyczne porady2
  Archiwum newsów
  English
  Français

Spisy mieszkańców
  Olejów
  Trościaniec Wielki
  Bzowica
  Białokiernica
  Ratyszcze
  Reniów
  Ze starych ksiąg

Literatura
  Książki papierowe
  Książki z internetu
  Czasopisma z internetu

Szukaj
  Szukaj na stronie Olejów

Forum
  Forum strony Olejów

Linki
  Strony o Kresach
  Inne przydatne miejsca
  Biblioteki cyfrowe
  Varia
  Nowe odkrycia z internetu

Poszukujemy
  Książki

Kontakt
  Kontakt z autorami strony

 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Olejów na Podolu
Aktualnie na stronie:
Artykułów:1280
Zdjęć w galerii:1715

Artykuły z naszej strony
były czytane
3463527 razy!
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Wyszło zarządzenie, że wszyscy chrześcijanie mają nosić medaliki lub krzyżyki. Mama nawlekła medaliki na sznureczki i powiesiła nam na szyjach. W Trościańcu nie było już wtedy Żydów, więc Ukraińcy i Niemcy postanowili wziąć się za Polaków. Zaczęły się egzekucje. Na przełomie 1941 i 1942 r. rozpoczęto przymusowe wywózki na roboty do Niemiec. Tym, który wyznaczał ludzi do wywózki, był mój nauczyciel z pierwszej i drugiej klasy - Jan Srokowski. Kolaborował z Niemcami i dlatego ci wyznaczyli go do pełnienia takiej funkcji. Najczęściej na liście "wydelegowanych" znajdowali się młodzi ludzie. Ich rodzice, broniąc dzieci, starali się je wykupić przynosząc Srokowskiemu gęsi i kury. Dzięki temu jego żona szykowała Niemcom i ukraińskim policjantom huczne przyjęcia.

Los odwrócił się od Srokowskiego po wkroczeniu Sowietów w 1944 r. Zbierali oni mężczyzn do tworzącej się w okolicach Sum Armii Polskiej. Srokowski zgłosił się dobrowolnie, licząc na to, że zgubi się w tym zamieszaniu. W punkcie zbornym, po podstawieniu pociągu, wsiadł do wagonu i zaszył się w kącie. Enkawudziści mieli już jednak wszystkich kolaborantów na liście i na jednej z kolejnych stacji do wagonu wsiadł politruk pytając, który to Srokowski. Nastała zupełna cisza, ale żaden z mężczyzn nie wskazał poszukiwanego domyślając się zapewne, o co chodzi. Nagle Srokowski podniósł się i przedstawił. Politruk kazał mu wysiąść. Nauczyciel, blady jak ściana, pomaszerował za enkawudzistą wzdłuż rampy w kierunku zabudowań. Do dziś nie wiadomo, co się z nim stało.

Tymczasem w Trościańcu Niemcy wprowadzili przymusowe kontyngenty zboża, a także innych produktów oraz inwentarza. Ponieważ nasza wieś należała do bogatszych, ustanowiono niewspółmiernie wysoki kontyngent. Biedniejsi gospodarze i ci, którzy mieli duże rodziny, nie byli w stanie udźwignąć ciężaru. Naszemu tacie udało się wywiązać z obowiązku. Nawet jeszcze trochę zostało. Strach padł na nas, gdy okazało się, że Niemcy zabierają resztki nawet tym, którzy oddali już wymaganą część. Skromne zapasy trzeba było więc schować w beczkach i zakopać. Przed żniwami 1942 r. przyszedł do nas jakiś Niemiec w towarzystwie wójta Czapajły i skierował się prosto do obory. Stały w niej dwie duże krowy i jałówka. Niemiec wskazał palcem na biało-czerwoną krowę, która była bardzo dobrze umięśniona i kazał tacie zaprowadzić ją do Zborowa. Ojciec spełnił polecenie i po obiedzie wrócił tylko ze sznurkiem w ręku. W oborze pozostało jedno puste miejsce.

Nasz sąsiad, Jan Gałuszka, nie wywiązał się z kontyngentu. Przyszli do niego Niemcy. Obserwowałem całe zajście przez szpary w deskach, siedząc w stodole, która po części należała do Józefa Sułymy, a po części do Gałuszki. Ten zaś, widząc, że Niemcy do niego idą, szybko pobiegł do stodoły, chwycił za cep i zaczął młócić zboże. Powiedział im, że właśnie młóci to, co chce odstawić w kontyngencie. Jeden z Niemców, około 20-letni, przystanął przy dużym, uwiązanym na łańcuchu psie, który strasznie ujadał i stawał na tylnych nogach. Żołnierz zdjął z ramienia karabin, wycelował psu prosto w pysk i przez chwilę do niego mierzył. Myślałem, że to tylko taka zabawa, póki nie padł strzał, a z lufy nie uniosła się delikatna smuga dymu. Pies zwinął się w kłębek, zawył i padł. Niemiec wyjął łuskę z komory nabojowej, zabezpieczył zamek, przewiesił karabin przez ramię i poszedł w kierunku stodoły. Obok niej ujadał mniejszy pies. Żołnierz podszedł także do niego, ale nie strzelał. Gałuszka został zabrany przez Niemców, lecz wrócił po kilku dniach.

Mimo tego, że tato wywiązał się z kontyngentu, Niemcy przyszli także do nas. Poprzedniej nocy rodzice zabili niedużego świniaka, co było zabronione pod karą rozstrzelania. Mama posoliła mięso i włożyła do niewielkiej beczułki. Smalec ze stopionej słoniny schowała. Beczułka z mięsem przykryta pokrywką stała w kuchni, prawie na przejściu. Na wierzch wypłynął czerwony sos. Rodzice struchleli, gdy nagle jeden z żołnierzy podniósł pokrywkę, ale na szczęście nie sprawdzał dokładnie, co jest w środku. Pewnie pomyślał, że w beczce są kiszone ćwikłowe buraki. Na obiad w ziemniakach pojawiły się skwarki i po tym zorientowałem się, dlaczego w chlewiku brakowało jednej świnki. Starsze siostry wiedziały o tym, ale mnie ojciec bał się zaufać, abym komuś nie powiedział o świniobiciu.

Mniej więcej w tym samym czasie między dwoma naszymi sąsiadami: Kazimierzem Kusiakiem i Józefem Giercem doszło do pewnego nieporozumienia. Gierc zabił niedużego świniaka i kiedy przenosił jedną z ćwiartek ze stodoły do domu został zauważony przez Kusiaka. Przybiegł zrozpaczony do naszego domu i powiedział ojcu, że Kusiak na pewno doniesie na niego Niemcom. Po kilku godzinach zjawił się u nas również Kusiak. Tato, wiedząc, że może w ten sposób jakoś pomóc, powiedział Kusiakowi o obawach jego sąsiada. Kusiak mu odpowiedział:

- Niech się Gierc o to nie boi. Wychował świniaka, więc niech go zje ze swymi dziećmi.

Po tym zajściu sąsiedzi przeprosili się.


IX. Koniec czerwca 1942 r.

Na nasze podwórze zajechał samochód, a z niego wysiadł niemiecki oficer ze szpicrutą w ręku i dużym wilczurem na smyczy. Towarzyszyli mu: wójt Czapajło i szofer, który mówił po polsku, bo prawdopodobnie był Ślązakiem. Na ten widok mama zbladła jak papier. Najgorsze myśli przebiegły jej przez głowę. Wyszła z mieszkania, aby dowiedzieć się, o co chodzi przybyszom. Wójt, zobaczywszy strach mamy, szybko wyjaśnił, że oficer przyjechał, bo chce kupić od rodziców większą ilość miodu. W tamtych czasach niewoli słowo "kupić" brzmiało jak kiepski żart, bo okupanci mogli wszystko wszystkim zabrać, wcale nie pytając o zdanie. Ponieważ stałem koło mamy, przysłuchując się rozmowie, zwróciła się do mnie, abym szybko pobiegł po tatę na łan, gdzie ten przekopywał ziemniaki. Pobiegłem, ile sił w nogach. Miałem do przebycia około kilometra, więc za domem Jana Daniłowa skręciłem na skarpę, po której biegłem aż do łanu. Tato zauważał mnie z daleka i rozpoznał, a to dzięki krótkim spodenkom sztruksowym na szelkach, jakie wtedy nosiłem. Kiedy już dobiegłem, byłem w stanie wykrztusić z siebie jedynie:

- Tato! Niemcy przyjechali!

Ojciec nie bawił się polityką i nie miał najmniejszego pojęcia, czego ta nagła wizyta mogła dotyczyć. Gdy trochę odsapnąłem, powiedziałem, że oficer chce kupić od nas miód. Ojciec przez chwilę stał bez ruchu, a potem zostawił wóz z pługiem, zdjął poszorek z konia i schował go dalej w ziemniaki. Usiadł na konia, a potem posadził mnie przed sobą. Jechaliśmy do domu, ale przez całą drogę tato się do mnie nie odzywał. Gdy zajechaliśmy na podwórze, hitlerowiec zmierzył nas wzrokiem i od czasu do czasu uderzał szpicrutą w cholewę swego buta. Ja w międzyczasie zaprowadziłem konia do stajni, ale szybko wróciłem, by przysłuchiwać się rozmowie. Niemiec zapytał, ile potrzebnego wojsku miodu tato może sprzedać. Ojciec odpowiedział, że wszystkiego oddać nie może, bo w razie dłuższych opadów deszczu konieczne jest zachowanie pewnej rezerwy dla pszczół. Oficer zapytał, oczywiście przez tłumacza, czy tę rezerwę można by zastąpić cukrem. Tato odpowiedział, że owszem. Ponownie padło pytanie o to, ile miodu tato może sprzedać. Oficer dowiedział się, że około 100 kg i zdawał się być bardzo zadowolony z usłyszanej odpowiedzi. Z jego twarzy zniknęła pierwotna buta. Natychmiast wyjął z raportówki bloczek, coś na nim napisał i podał ojcu. Poinformował go, że to jest kwit, który upoważnia do odbioru cukru dla pszczół.

Następnego dnia tato pojechał furmanką do Zborowa i przywiózł dwa worki cukru w kostkach. Cukru, a szczególnie w kostkach, w tamtych czasach nie można było nigdzie dostać, bo władza radziecka nie miała, a niemiecka nie dawała. Nasza radość była ogromna. Mogliśmy najeść się cukru do syta. Często podkradaliśmy też po kilka kostek, aby móc poczęstować kolegów. Tato nie miał nic przeciwko temu, bo nie było spodziewanych opadów i nie trzeba było podkarmiać pszczół.

W tamtym czasie pasieka ojca była największa w całym Trościańcu. Liczyła 53 ule, które w większości były podwójne. Z ojcem konkurowali Józef Sikora i wójt Czapaj, a mniejszych pasieczników w Trościańcu były dziesiątki. W czasie żniw tato nie chodził żąć zboża na pole, bo trzeba było pilnować wylatujących rojów, których było kilka w ciągu dnia i należało je zbierać. Dzięki pszczołom, w naszej piwnicy w beczkach było dużo miodu. Mama nie wpuszczała nas tam, żebyśmy czegoś nie wrzucili do tych beczek. Nawet okruszyna chleba mogła zepsuć miód. Ciągnęło się go prawie co trzeci dzień. Niemcy przyjeżdżali po miód ze swoją beczką i zostawiali kwit na następną porcję cukru. Cukier w kostkach był rozchwytywany przez matki niemowląt, którym mogły podać lekko posłodzone mleko.

Niemcy musieli chyba przeczuwać, że cukier w kostkach został wykorzystany niezgodnie z jego przeznaczeniem, bo kiedy tato kolejny raz pojechał do Zborowa, nie przywiózł już kostek, tylko cukier sypki. Był on dodatkowo zmieszany z drewnianymi trocinami. Nie zrażone tym kobiety dalej przychodziły do nas po cukier dla dzieci, nie zważając na trociny. Bieda potrafiła przyzwyczaić je wszystkiego. Sypały cukier z trocinami do garnka z wodą, cukier opadał wówczas na dno, a trociny pływały po powierzchni. Kobiety zbierały je łyżką, a pozostałym słodkim roztworem słodziły mleko. Oprócz cukru tato otrzymywał za miód zawsze pewną kwotę pieniędzy w tzw. złotych emisyjnych. Dzięki temu mama i tato mogli pojechać do Lwowa i za te pieniądze kupić materiał na ubranie oraz skórę i zelówki na bury.

****
KONIEC CZĘŚCI DZIESIĄTEJ




poprzednia
część

 

 

Kazimierz Olender:
Zapamiętane z dzieciństwa

 

 

następna
część




 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl

dnd, d&d dungeons and dragons
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
isa, dnd.rpg.info.plwotc, ogl


Copyright © Kazimierz Dajczak & Remigiusz Paduch; 2007-2019