Hnidawa - ludzie
Dodane przez Remek dnia Listopad 11 2012 05:10:39
[źródło: Jan Bara: Wspomnienia nauczyciela z Hnidawy. Fragmenty maszynopisu, udostępnione administratorom strony „Olejów na Podolu”.]


Wieś leży przy ważnym szlaku, przy strategicznej drodze Czerwona Ruś - Podole, drodze niestety nie utwardzonej z racji braku kamienia. Rząd Polski niepodległej, niepokojony harcami ekstremistów ukraińskich, opłacanych przez Stalina nie inwestował na tym terenie. Ludzie tu żyli dawnym sposobem i trybem, pilnie uprawiają ziemię i hodują bydło, wszystko na własne utrzymanie, nadwyżki skupuje usłużny Żydzisko. Na targach poniedziałkowych w Załoźcach "zgonnik" kupuje wieprzki i świnie, ten i ów kupuje na wozach prosięta do hodowli.

Ludność tu zaradna. Posiadała wielu rzemieślników szkolonych i z Bożej łaski sprawnych w rękach. 5 stolarzy, 3 kowali, kilku tkaczy, szewcy, krawcy, murarz Jurko Chomicki, młynarz, pasieczniki Semko i Martyn, krawczyni Naścia Kałuszka. Słowem - wieś samowystarczalna.

Ludzie Podola latem chodzą w przyodziewku częściowo własnej produkcji w czasie pracy na codzień, przyodziewek świąteczny nabywają w mieście, także "meszty" i przyodziewek dla dziewcząt i kobiet. Na zimę swoi szewcy zaopatrują kobiety i chłopów w skórzane buty z cholewami, skórę w dowolnej ilości dostarcza miejscowy sklep. Powszechne w użyciu zimowym są baranie kożuchy, kupowane za kilka dziesiątek złotych od kożusznika na targu. Na daleką podróż saniami potrzebna tzw. bunda z kapturem i wiecheć słomy w butach. W wielu domach hoduje się gęsi, pierze skupuje przemożny Joś. Do stanu rolniczego we wsi nie zalicza się 1 nauczyciel i 2 handlarzy. Bydło wypasają chłopi na gminnym pastwisku za opłatą 2 zł od sztuki za sezon. Sklepy, polski i kooperatywa dobrze zaopatrzone w towary, zawsze na składzie śledzie, różne mydła, najbardziej kupowane mydło do prania "Schicht" z jeleniem i "pachucze myło" dla Ukraińców w sklepie kooperatywy. Jest nawet proszek do prania Radion, który "sam pierze". Wszędzie palacze kręcili papierosy z tytoniu pokrajanego w paczkach z napisem "średni - przedni - turecki" w bibułkach marki "Solali".

Zaopatrzenie sklepów zwiększyło się po roku 1936. Kupcy wprost zapraszali klientów. Czasem przez wieś przejeżdżał dziegciarz i sprzedawał dziegieć jako zimowy smar na buty i uprzęże na konie, garncarz przejezdny dostarczał glinianych garnków na mleko i dzbanków. Według nadesłanego prospektu łatwo było wysłać zamówienie na piśmie i otrzymać pocztą z Gdańska za pobraniem pocztowym dubeltówkę światowych marek, flobert, rewolwer bębenkowy lub pistolet automatyczny z nabojami bez potrzeby opłacania cła. Tak to układało się życie w tej biednej Polsce, zhańbionej i obrabowanej!

W długie zimowe dnie ludzie schodzili. się na pogaduszki do Iwana Darmopuka, posiedzieli, pogwarzyli, pogadali i rozchodzili się. Tylko chmura dymu wisiała u sufitu, długie ławy za stołem wokół pieca stały puste, w mieszkaniu ani jednego krzesła.

Pod koniec lat dwudziestych garbaty kaleka Iwan Siamro miał koncesję na sprzedaż piwa. W 1931 zmarł i sprzedażą piwa zajął się Iwan Darmopuk. Sprzedawał na prawie koncesji piwo z browaru "Ponikwa". Dodatkowo miał sklepik wiejski sprzedaży detalicznej do czasu bankructwa. W latach trzydziestych spółdzielczość ukraińska sprzedawała i sprowadzała towary dla swoich z przywilejem narodowej wyłączności i bojkotu polskich sprzedawców. Wówczas już było wiadomym, że hnidawski sprzedawca Michałko Riznyk, przeszkolony na różnych kursach we Lwowie został naznaczony prowidnykiem O.U.N. i przyjmował odwiedziny różnych przyszłych terrorystów, prowadził też wywiad.

Polski sklep Piotra Olendra powstały w roku 1936 prosperował pomyślnie. Na składzie miał beczki ze śledziami i wybór skór podeszwowych (kruponu) i wierzchnich boksowych. Skupował i odstawiał jajka, sprzedawał towary codziennego użytku i podręcznych do wyboru. Sklep przestał działać w kwietniu 1939, gdy w marcu 39 sprzedawca powołany został do wojska wraz z poborowym Jaśkiem Boszko rocznik 1913. Twardy chłopak - odchodził do wojska i płakał, nie wrócił do domu.

Pociąg historii wciąż gna - uwaga, byśmy nie minęli postaci ciekawych, dobrych ludzi.

Od września 1937 obowiązki sprzątaczki szkolnej przejęła Maria Olender żona Andrzeja. Ręce kobiece były sprawniejsze i bardziej uczulone na stan czystości. Często szorowała w klasie podłogę, suche deski zapuszczała pyłochłonem dostarczonym przez grzeczność przez Józefa Szorca ze Złoczowa w bańce 10 litrowej. Wiosną bieliła naturalną kredą ściany wewnątrz i [na] zewnątrz, spód na ciemno. Andrzej przygotowywał w zimie drzewo, rżnął polana i rozrąbywał na drewka do pieca. Franciszek Kowal ochrzcił córkę według obrządku matki w cerkwi. Dowód, że Polacy nie łamali starych praw, zwyczajów i dotrzymywali obowiązującego fasonu.

Wieś Hnidawa miała od lat wielu pracowitych rolników. Jednym z nich był już w starszym wieku Piotr Olender "Wawrzelina", człowiek cichy, bardzo uczciwy i pracowity. On chyba najwięcej się napracował przy wykopach fundamentów, przy ręcznym cieciu pni drzewnych na deski, przy gaszeniu wielu wozów wapna i w pomocy murarzom. W czasie gaszenia wapna palonego bez przerwy chłopi wozili w beczkach drewnianych wodę, jednak chmura pary wodnej w czasie lasowania wapna wzbiła się w górę i zaalarmowała ludzi z Batkowa niby pożarem.

Piotr w czasie wojny bronił Przemyśla i na ten temat miał swój osąd. Przed wpuszczeniem Moskali do twierdzy 23 III 1915 żołnierze wytoczyli z magazynów dziesiątki beczek żywności i zatopili w wodzie rzeki San. Generał Kusmanek uciekł na Węgry samolotem, w Wiedniu zameldował, że musiał kapitulować po wyczerpaniu wszystkich zapasów.

Piotr w Przemyślu dostał się do rosyjskiej niewoli, szedł przez Toroszówkę do pociągu w Przybówce. Przeżył niewolę, nie chorował na tyfus. Woził ryby od Czarnego Morza, widział jak lody ruszają na Wołdze w maju, nad Wołgą widział najdalszy w Rosji kościół katolicki.

Niezwykle ważną osobistością we wsi Hnidawa był Żyd Joś Szorc vel Schorz tu zamieszkały do maja 1937. W następstwie ohydnego mordu na jego krewniakach w maju 1937 Szorc zmienia miejsce zamieszkania. Sprzedaje nowy dom pod blachą po zniżonej cenie dla nacjonalistów z przeznaczeniem na sklep kooperatywy i czytalnię t.j. na. miejsce propagandy i zebrań. Liczy na pamięć i wdzięczność miejscowych. Szorc po zmianie miejsca dalej opiekuje się Hnidawą. Czasem zjawia się dwa razy tygodniowo, na wózek zabiera miód od Semka Krysy, worki prosa, pszenicy, gryki, skóry lisie, a przywozi zamówione u niego farby do wełny, igły do maszyn, brzytwy, naboje do strzelby, spłonki i nawet truciznę na lisy. Był osobą niezastąpioną, spełniał wszelakie życzenia, udzielał kredytu, był wyczekiwanym jakby dopełnieniem życia wiejskiego. Posiadał wrodzoną kulturę osobistą i grzeczność na codzień. Sądził, że wypracował sobie u Ukraińców kapitał wdzięczności, zaufania i w późniejszych niebezpiecznych czasach powie kilkakrotnie: Ja swoich się nie boję! Polacy jako naród w jego mniemaniu posiadali mniej pozytywną opinię.

Dla dopełnienia obrazu Hnidawy przedwojennej należy wymienić lepszych rzemieślników. Prawie zawsze pracował w kuźni kowal Wasyl Rudak, stolarzem był Hryńko Duma, murarz i budowniczy pieców Jurko Chomicki, "Brazylian", krawcowa Naścia Kałuszka, młynarz Michał Babirecki we młynie o jednym kamieniu i o parze walców. Paweł Bołoniżka Smul w zespole wyrabiał z miejscowej gliny cegłę do wypału.

Różne choroby nawiedzały ludzi. Sporadycznie ktoś zmarł na suchoty, zapalenie płuc powalało ludzi w sile wieku, choroba przybierała wskutek przeziębienia ostry przebieg. W opisanych czasach był rak karku, wylew krwi do głowy, skręt kiszek, utoniecie w niewielkiej rzeczce. 30 kilometrowa odległość do szpitala pogarszała sytuację, która odziedziczona została po Austrii z plusami i minusami.

Do chorych, gorączkujących wzywano do Hnidawy siostrę zakonną Annę ze zgromadzenia zakonnego Sióstr Miłosierdzia z Trościańca Wielkiego, która stawiała bańki, zadawała jakiś lek roślinny w roztworze, który zniżał wysoką gorączkę, doradzała w chorobie i służyła bezinteresownie. Lekarz Żyd inteligentny i dobry medyk Schorr, wiosną wykonywał po wsiach w szkole szczepienia ochronne przeciw ospie i przyjeżdżał samochodem. W miasteczku Załoźce istniał sąd grodzki, przy nim dwaj adwokaci, prywatny lekarz weterynarii przyjeżdżał na żądanie za opłatą, urzędowali tu trzej lekarze medycyny i aptekarz z prywatną apteką wyposażoną we wszystkie leki krajowe i zagraniczne, ceny związane z kosztami produkcji i dostępne do kieszeni rolnika. W poważnych wypadkach zabiegi chirurgiczne wykonywano z naszego terenu w Złoczowie, dyrektorem ostatnim był dyr. Martynowicz, ordynariusze lekarze Ukrainiec Skubelski i Żyd Jolek. Według zwyczaju porody odbywały się w dom, pomagała wiejska akuszerka Paraskewia Kowal. Zdarzyło się latem 1937, że matka z córką nazbierały w lesie trujących grzybów i w wyniku zatrucia obie zmarły i pomoc lekarska była mocno spóźnioną. W czerwcu 1938 roku zmarła w wieku 20 lat Zośka S.... (*) po zastosowaniu od znachora trucizny na spędzenie płodu - po prostu z głupoty.

Młodzi wciąż umierali na gruźlicę, starsi na zapalenie płuc, chorobę wielce podstępną. Umierali w Hnidawej na skręt kiszek, bo do szpitala 30 kilometrów i chory nie wytrzymał. W latach trzydziestych w Hnidawej zmarło kilkoro ludzi na tyfus mimo ostrej izolacji lekarskiej. Stary Tymczyszyn kupił na targu kożuch i stąd źródło przypuszczeń, że w kożuchu mogły być zarażone wszy, plaga tamtych wsi. Do ich niszczenia stosowano ukrop, gęste grzebienie na głowy, bardzo skuteczne nafta i ocet. Iskanie dzieci przez matkę - niska higiena, szkoła szerzy oświatę sanitarną. Spostrzegłem u jednego ucznia liczne punkty na szyi, ślady ukąszeń pcheł. Latem wskakują na nogi, atakują łóżka, pomieszczenia ludzkie. Ksiądz Stanisław Władyka dzielnie wojuje o kulturę życia na wsi, o polepszenie sposobów ziemi, o postęp. Z polskiej wsi nie rekrutuje się żaden żebrak.

We wsi Białogłowy powiat Zborowski służył dobrze ludziom Polak tamtejszy znakomity dentysta. Klienci zgłaszali się do niego z szerokiej okolicy, a dentysta leczył uzębienie, zakładał plomby, koronki nazębne, mostki - wszystko w solidnym wykonaniu w trwałości materiału.

We wsi Palikrowy pod Podkamieniem żyła polska rodzina Chrzomciów (**) autochtonów. W zimie przyszedł do nas wspomniany Michał Babirecki, który z niejednego pieca chleb jadał i w dalszej rozmowie przypomniał dawne czasy najmiłościwiej nam panującego cesarza Franciszka Józefa. Cysorz już miał trochę lat - opowiadał - i czasem po obiedzie uciął sobie drzemkę jak to człowiek spracowany. Jednego dnia zasnął sobie na dobre, zbudził się i głęboko ziewnął. Tak ziewnął sobie, że nie potrafił zamknąć buzi, jęczał i nie mógł niczego powiedzieć. Zaprowadzili go do osobnej komnaty i wezwali doktorów. Przyszli najlepsi doktory z Widnia, skaczą koło cysorza, biegają, radzą, pomóc nie mogą. Zebrał się w Widniu kahał żydowski, rada w radę - uradzili. Przychodzą do Chrzomcia Żydzi z Brodów. On słynie w całej okolicy, leczy ciężkie złamania rąk i nóg, składa połamane kości, zrastają się bez śladu złamania. Panie Chrzomcio - prosimy, jedź pan pociągiem do Widnia i wylecz cysorza. A co się stało cysarzowi? Gęby nie może zamknąć - szczęka wyskoczyła mu z zawias - doktory są bezradni. Pojadę - odpowiedział Chrzomcio. Zajechał koleją nasz bohater w specjalnym wagonie do Wiednia, dowieziono go fiakrem do pałacu i nasz człowiek Galicjanin znalazł się przed obliczem cesarskim, pokłonił się i pokiwał głową. No i jak leczenie? - zapytałem pana Michała. - Kazał wszystkim wyjść z komnaty. Został Chrzomcio i cysorz. Nasz doktor przyszedł bliżej i pięścią palnął cesarza w twarz, szczęka wskoczyła na swoje miejsce i jak ręką odjąć. Cysorz był zdrowy jak nigdy. Nagrodę dostał, ale się nie pochwalił i ja nie wiem nic o niej. Chłop był mądrzejszy od wszystkich.

Minął miesiąc jeden i dwa. Syn naszego młynarza Janek zszedł po stopniach w dół, przyjechał chłop z trzema workami zboża do przemiału. Janek teraz prowadzi interes i uruchamia młyn, naciska długą dźwignię, podnosi zasuwę, woda z szumem spada na drewniane koło, tylko należy przerzucić pas transmisyjny na drewniane koło pasowe. Zamiast posłużyć się przyrządem, lekkomyślny podnosi pas czubkiem buta i przekłada nogę na koło, które porywa pas, nogę z butem, chłopak upada, krzyk, przylatuje chłop i zastawia wodę.

Przywołał pomoc sąsiedzką i chłopca ostrożnie przeniesiono do mieszkania. Ojciec rozpoznał strzaskanie kości. Rozcięto niezgrabne walanki, obecny sąsiad pojechał zaraz saniami do Palikrów po Chrzomcia. Przywiózł medyka z Bożej łaski na godzinę pierwszą. Doktor długo delikatnie obmacywał kości złamanej nogi. Przesuwał i ustawiał kości jak należy, poczym natarł skórę spirytusem, przy użyciu waty, do nogi przyłożył przywiezione deseczki przygotowane do tego, aby złamanie w dwu miejscach unieruchomić. Usztywnił taki opatrunek, obandażował i nakazał zachowanie spokoju, leżenie w łóżku i dwukrotne zlewanie obandażowania spirytusem przez kilkanaście dni, bo - jak zapowiedział Chrzomcio - noga się wygoi, kości się zrosną i będzie tańczył. Podziękował stroskany ojciec i wynagrodził za leczenie, za czas, za okazanie dobrego serca potrzebującym. Polak spieszył w dzień i w nocy z pomocą każdemu człowiekowi.




(*) w oryginale w tym miejscu pełne nazwisko, lecz publikując tekst w internecie zdecydowaliśmy się je wykropkować

(**) Chrzomcio (a także Kromcio) – tak w potocznej mowie nazywano ludowych medyków ze znanego mileńskiego rodu Krąpiec (Krompiec). Jego najsłynniejszym przedstawicielem był Sebastian Krąpiec z Milna (ur. ok. 1814, zm. 9.10.1875), znany także poza granicami Galicji. Potomkowie Sebastiana mieszkali w Milnie i innych miejscowościach – jak Palikrowy i Berezowica Mała a nawet Lwów – i tam też leczyli ludzi, wykorzystując przekazywaną z ojca na syna rodową wiedzę. Jan Bara pisze tu zapewne o Pawle Krąpcu w Palikrowach (lub którymś z jego synów). Z tym że tu jego informator młynarz Babirecki mógł pomieszać wątki z życia sławnego przodka – Sebastiana, które w opowieściach ludowych stawały się już legendarne.