Zapiski o ptakach z Olejowa cz.6
Dodane przez Remek dnia Wrzesień 09 2012 21:17:13
W niniejszym artykule - jednym z cyklu - gromadzimy fragmenty z "Zapisków ornitologicznych" hrabiego Kazimierza Wodzickiego, odnoszące się bezpośrednio do Olejowa. Chociaż nie zawsze w tekście ta nazwa jest wymieniona, to od 1855 roku hrabia Kazimierz razem z rodziną mieszkał już stale w majątku olejowskim, zakupionym od hrabiego Michała Starzeńskiego.



[źródło: Kaźmierz hr. Wodzicki. Członek Akademii Lugduńskiej, Tow. Przyrodników Isis, Centralnego Tow. Ornitologów Niemieckich i Tow. Lekarzy i Przyrodników Polskich. Zapiski Ornitologiczne. IX. Orły polskie. Lwów. Nakładem Księgarni Gubrynowicza i Schmidta. 1886.] Zachowano oryginalną pisownię.


W sąsiedniéj wsi 13-go listopada przy zimnem i mokrem powietrzu zabili w nagance chłopaki doskonałego orła przedniego samca. Opatrywałem go starannie i przekonałem się, że nieskaleczony, lecz z obżarstwa ciężaru podlecieć nie mógł, zaś szczątki zająca starego wyjaśniły przyczynę w niewole wziętego orła. Nie chcąc nużyć czytelników łaskawych cytacyami z autorów i przepisywaniem opisów zajmujących epizodów z życia naszego orła, przytoczę jedynie te, których byłem naocznym świadkiem.

W roku 1877-ym 2-go stycznia dano mi znać, że orzeł złowił zająca i że smacznie zajada opodal od stodoły. W téj saméj chwili wybiega z lasu stary lis, przybiega, waruje, poczyna szczekać i coraz bliżéj się przysuwać, pokazując zęby. Orzeł najeżył pierze, począł dziobem sięgać, jedną nogą trzymał ofiarę, druga podniósł i rozpostarł straszne swe szpony. Lis odskakiwał, zbliżał się, skakał ku orłowi to z przodu, to z tyłu, niekiedy i szarpnął ptaka. Finał był niespodziewany, król ptaków i mężny rabuś porzucił ofiarę, uniósł się w powietrze, okrążył razy kilka porzucony plac boju i odleciał. Lis zaś przyskoczył, położył się na zającu, łapkami przedniemi go przykrył i kręcąc głowa, orła z oka nie spuszczał, dopóki w sinéj dali nie znikł nam zupełnie.

Roku następnego 31-go grudnia uderzył orzeł na zająca zakopanego w śniegu, źle wymierzywszy, chybił go, a zając, jak się zdaje, stary gracz, począł uciekać co mógł. W locie świstem i szumem terroryzował orzeł zająca, kilkakrotnie wyciągał już szpony, aby go porwać, lecz ten zręcznemi kominkami umiał się z pod groźnych pazurów wydobywać. Patrzałem siedząc na saniach na ten dramatyczny epizod, tak ciekawy dla myśliwego i ornitologa, przez pół godziny nie mogąc szaraka ratować z powodu głębokości śniegu; nareszcie coraz daléj i daléj na horyzoncie rysowały mi się postacie kata i ofiary, wreszcie znikł mi z oczów zając, a górujący nad nim orzeł pewnie go pokonał.

W styczniu, nie pamiętam roku, na czystém polu śniegiem nakrytém, pędził zając szybkością taką, że tumany śniegu za nim się podnosiły; oprawca jego niekiedy daleko z tyłu leciał, to znowu go wyprzedzał, wysuwał szpony, stawał w powietrzu, czekając na nadbiegającego; zdawało mi się, że co chwila złowi zajączka, który widocznie miał ułożony plan ucieczki do gęstych, dębowych krzaków. Ta walka nierówna musiała już trwać przez długi czas, gdyż i w locie orła widoczne było zmęczenie. Nareszcie wydobywając ostatnich sił, wsunął się zając pod liściaste krzaki, prześladowca zaś usiadł na wystającéj ze śniegu bryle, rozpostarł skrzydła kilkakrotnie, wyciągał nogi, otrzepywał pierze i począł się muskać, lecz śrót mu przerwał toaletę. (...)

W Złoczowskiem Orzeł karzełek w pierwszém pierzu, porwał mi przepiórkę zrywającą się przed wyżłem, a drugiego ubiłem również na przepiórce młodego ptaka, w końcu na ciągu słonek miałem sposobność patrzenia na tego orła; wątpliwości nie popada jego u nas gnieżdżenie.
(...)

W roku 1874tym niebiosa zesłały nam tyle przepiórek, jak ongi Mojżeszowi na pustyni, można było wozami napełnionemi je wywozić; polując na nie w końcu sierpnia, pies mi jedną wystawił, w chwili gdy się zmierzyłem i strzelić miałem, usłyszałem świst, ujrzałem cień przed sobą i przepiórkę mi porwaną, lecz nie bezkarnie, gdyż zastrzeliłem zuchwałego młodego karzełka. Drugi raz w znaczniejszéj odległości porwał w locie przepiórkę, poleciał z nią na drzewo, przycisnął jedną szponą, a zgiąwszy kark, począł spokojnie wobec mnie skubać pierze. Nie był płochliwy, lecz rozumnie ostrożny; ile razy podszedłem go na 80 do 100 kroków, zabierał przepiórkę, odlatywał niedaleko i znowu siadał pierząc swą ptaszynę; kilkanaście razy podchodziłem miłego rabusia, zawsze bezskutecznie, więc musiałem go porzucić. Zdaje mi się, że to wielki smakosz, jak to zresztą na panującego przystoi, więc gdy niegłodny, przebiera w pożywieniach i dogadza sobie. Polując na obszernych błoniach, widziałem hurmy swobodnie uganiających szpaków, tak licznie mnożących się w naszym kraju, po chwili stał się popłoch i drapieżnik porwał w locie ptaka, poleciał na wierzbę oddaloną odemnie i począł skubać. Było to dosyć daleko i po bagnie; zanim się dostałem na odległość strzału, już mój orzełek obskubał tłustego młodego szpaka, nie zostawiając na nim nawet meszku. Strzeliłem do niego, wszakże bezskutecznie, poznawszy O.[rła] karzełka i podziwiałem jego zręczność w usuwaniu pierza, którąby mu i kucharz pozazdrościł.

Przylatuje do nas w kwietniu, albowiem widywałem go na ciągu słonek, wszakże się poczyna gnieździć dopiero w drugiéj połowie maja; widocznie jak kukułka do śmiałego kukania i rozkosznego śmiechu wymaga listka zielonego, tak i karliki oczekują zakrycia zielenią. Jego gniazdo okrągłe, dosyć małe i w najrozmaitszych umieszczeniach: i tak odkrywałem je na wierzchołkach staropniowych drzew, wśród korony, na horyzontalnie wyrastającym konarze, lecz bywają i na młodszych drzewach, niktby nawet nie przypuścił że to gniazdo orła.

Plecionka dosyć gęsta, śróty gniazda nie przebiją, w krawędzie wplątywane zielone gałązki i w téj zieleni siedzi orlica, co jéj bardzo do twarzy, środek wysłany mchem, suchemi trawami, niekiedy sierścią. Znosi najczęściéj jaj dwa i dwoje orląt wychowywa, bywa troje i czworo w gnieździe, lecz pozostają niewysiedziane, niekiedy jedno orlątko podtrzymuje dynastyą. Wprawdzie nigdy wyżéj nad trzy jaja nie zdybałem w zniesieniu, mogę przypuścić większą ilość na podstawie następującego zdarzenia, które mi poddaje myśl, że doskonałe ptaki więcéj znoszą jaj jak dwa: W pierwszych dniach maja odkryto gniazdo karlików, poszedłem i ubiłem z jaj zlatującą samicę, samiec kwiląc nad nami i gniazdem, również zginał od śrótów. W gnieździe były dwa jaja, jajecznik zaś wskazywał zniesienie jeszcze dwóch, jedno było już w skorupie, drugie w widocznym zarodku, a zatém byłaby zniosła cztery jaja. Co szczególnego wtedy zauważałem, że wyprute jajo kolorytem nie różniło się wcale od zniesionych, wszystkie były białe bez plamek. To zniesienie wyjątkowo wczesne i wyjątkowo białego koloru jaja, inne maja rdzawe floresiki, plamki i kreski, jedne od doskonałéj samicy jaja przedstawiały znaczne i u grubego końca gęsto rozrzucone plamy, w niektórych miejscach zakrywające jasne tło. Od młodéj znowu parki jajka były białe, a całe jak przezroczystą powłoką brunatna ocienione, - nareszcie jaja białe z cieniem zielonawym, przypominające jaja Jastrzębia gołębiarza. Jaja wielkości jaj myszołowa, ze znacznemi porami, nieco chropowate, foremnego kształtu, na jednym końcu mocno zaokrąglone, na drugiem wcale nieszpiczaste. Przy gnieździe zapomina o wrodzonéj ostrożności, do zniesienia, do siebie i piskląt parki czule przywiązane, z téj to przyczyny nader łatwo rodziców ubić. Samica im dłużéj, tém twardziej na jajach siedzi; zdarzało mi się pukać siekierą w pień kilkakrotnie i nie spłoszyć orlicy, dopiero chłopiec drapiący się na drzewo zmusił ja do lotu i to często siadała na drzewach w blizkości stojących. Pisklęta rodzice wychowują troskliwie oskubanemi ptaszkami i drobnemi ssakami, siedzą małe przez długi czas w gnieździe, nawet upierzone odlecić nie chcą, widocznie wstrętna im emancypacya, a na zarobek o własnych siłach nie maja odwagi; wszakże, nie trwa długo wychowanie pojętnych orląt, gdyż w czasie żniw już widujemy pojedyńcze polujące ptaki w pierwszéj ich barwie łatwéj do poznania. (...)