Wojenne wspomnienia z Trościańca Wielkiego i Reniowa
Dodane przez Kazimierz dnia Czerwiec 14 2008 16:43:27
[źródło: odręczny list autora do Kazimierza Dajczaka, oryginał w zbiorach adresata]

Jan Dajczak:

WOJENNE WSPOMNIENIA Z TROŚCIAŃCA WIELKIEGO I RENIOWA

Bojków, w styczniu 2000

Drodzy rodacy, chociaż nie byłem mieszkańcem Trościańca Wielkiego, to wiele łączy mnie z nim wspomnień z tamtych czasów, ponieważ moja ukochana matka urodziła się 11-go listopada w 1894 r. w Trościańcu w rodzinie Jana i Katarzyny Olender z domu Dajczak - przydomek Cap (wołali ją "Capicha"). Kiedy miała już 7 lat, chodziła do szkoły ucząc się razem ze swoim rówieśnikiem, też Dajczakiem, który po wielu latach został księdzem.

Ale życie nieubłaganie toczyło się naprzód. A kiedy wyrosła na pannę, pewnej niedzieli moja przyszła matka, 16-sto letnia dziewczyna, pasła w polu krowy, w tym czasie na rowerze, co wtedy było rzadkością, pojawił się w domu Jana Olendra przyszły mój ojciec. Kiedy młoda Marysia wróciła z krowami do domu, zaczęły się rozmowy, nie tylko małżeńskie ale i majątkowe. W tym czasie mój dziadek Maciej Dajczak był wójtem w Reniowie i posiadał 24 morgi ziemi, z tego połowę jeszcze przed weselem zapisał memu ojcu Frankowi, a drugą połowę miał otrzymać mój ojciec po śmierci dziadka, ponieważ młodszych dwóch braci ojca Tomek i Michał w tym czasie było w gimnazjum w Tarnopolu, a najstarszy syn mego dziadka Macieja, Wawrzyniec, był już inżynierem we Lwowie.

Po uzgodnieniu wszelkich spraw małżeńskich i majątkowych 5 czerwca 1911 roku moi Rodzice zawarli związek małżeński w kościele w Trościańcu Wielkim. Tym samym moja przyszła matka znalazła swój dom w Reniowie oddalonym o 7 kilometrów na wschód od Trościańca.

Ale Pan Bóg miał swoje plany. Jeszcze przed 1-szą wojną światową mój dziadek Maciej Dajczak zachorował na ślepą kiszkę. Został odwieziony do Lwowa i tam operowany, gdzie po niedługim czasie zmarł w wieku 59 lat, pochowany na cmentarzu w Reniowie.

W tym czasie urząd Wójta sprawował mój ojciec. W następnym roku wybuchła I wojna światowa, mój ojciec został powołany do austriackiego wojska, a matka z 3-letnią wówczas moją siostrą jak i cały Reniów, zostali ewakuowani do czeskich Moraw. Na szczęście mój stryjek Wawrzyk, gdy się dowiedział że rodzina jest ewakuowana i jadą do Czech, kazał całej mojej rodzinie wysiadać. Tak więc moja matka z 3-letnią córką, matki siostra z Trościańca z dwójką dzieci i moja babka z Trościańca wysiedli, a całą tą sprawą zajął się mój stryjek Wawrzyk. Ponieważ w Gródku Jagiellońskim miał kolegę Starostę, tam ich ulokował, gdzie zamieszkali przez kolejne dwa lata.

Kiedy wojna się skończyła, mój ojciec wracał z dalekiej Albanii do swojej Rodziny. Aż pewnego dnia, gdy matka stała na stacji w Gródku, zauważyła nadjeżdżający pociąg, a w nim kiwającego ręką mego ojca. Jakaż to była radosna chwila w życiu moich Rodziców. Kiedy wrócili do Reniowa, to prócz okopów i zasieków z drutów nie zastali dosłownie nic. Kościół też leżał w gruzach. Trzeba było zaczynać żyć od nowa, bo nad Seretem front stał w jednym miejscu ponad rok. Trościaniec, chociaż był ewakuowany, to nie był spalony i to pozwoliło im przeżyć te ciężkie czasy, zanim zbudowano chałupę i stajnię, a później stodołę. Oto bilans pierwszej wojny światowej.

20-go lipca 1923 roku ja przyszedłem nas świat, wyrastając nie tylko na Polaka, ale i patriotę, któremu miłość ojczyzny leży zawsze na sercu. Jeszcze w szkolnym wieku zapisałem się do Orląt z myślą, że później zostanę Strzelcem, toteż opis karabinu znam od czternastu lat, tak jak "Ojcze nasz". Przyjeżdżał do nas ze Zborowa kpt. Kurek, prowadząc strzelanie z flobertu, a później z mauzera, co mi bardzo imponowało.

W Trościańcu bywałem często u dziadka w odwiedzinach z Rodzicami i na odpustach, jakie odbywały się na dzień Najświętszego Serca Jezusowego (na zakończenie oktawy modlitw ku czci Bożego Ciała), a kiedy miałem już lat czternaście, to jeździłem tam orać i siać, kosić i wozić z pól spod Manajowa zwanych Zakarczemki oraz z pola spod Hnidawy, zwanego Okrągłe.

Kiedy w maju 1939 roku powiozłem Strzelców, moich starszych kolegów, pod Komisję Wojskową do Zborowa, to chociaż ten obowiązek mnie dotyczył, to ja sam zgłosiłem się pod Komisję i z miejsca byłem uznany jako zdolny do służby wojskowej. Kiedy wróciłem do domu chwaląc się ojcu, czego tam dzisiaj nie dokonałem, to ojciec mi nic nie powiedział, natomiast matka powtarzała: "teraz szykuj łyżkę i miskę, bo tobie tego jeszcze nie trzeba było".

Wreszcie nadszedł dzień 1-go września 1939 r. Niemcy napadli na Polskę. Na drugi dzień ogólna mobilizacja. Wszyscy ci, co służyli w wojsku do lata poszli na wojnę, a ja wciąż czekałem na powołanie.

17-go września w niedzielę ominąłem nasz kościół, udając się na sumę do kościoła w Załoźcach. Po wyjściu z kościoła poszedłem do centrum miasta, żeby się cokolwiek dowiedzieć, ale zastałem tam tylko parę furmanek wojskowych, którzy nie wiedzieli dokąd mają jechać. I z taką wiadomością wróciłem do domu. Późno z wieczora sowieckie wojska wjechały do Załoziec od strony Tarnopola, zajmując wszystkie urzędy, a policję pod eskortą wywożąc w nieznane. Na drugi dzień ukraińskie bojówki z czerwoną opaską na ręce z polskimi karabinami krążyły po ulicach Reniowa. Przykry to był czas mojego młodego życia.

W niedzielę 17-go września młodszy brat ojca Tomasz Dajczak był na sumie w kościele dominikanów przy ul. 3-go Maja w Tarnopolu, ponieważ tam należał do chóru. Kiedy sowieckie wojska zajmowały Tarnopol, to z wieży kościoła akademicy strzelali do Sowietów, którzy to okrążyli kościół, aresztując wszystkich mężczyzn i wywożąc w nieznane. Od tego czasu żadnej wiadomości nie było. Przypomnieć należy, że stryjek pracował jako śledczy w Policji w Tarnopolu. Późną jesienią 1939 roku została wywieziona moja stryjna Wiesława z paroletnim synkiem na Sybir, od tego czasu żadnych wiadomości nie ma.

Dużo szczęścia miał mój stryjek Wawrzyniec ze Lwowa, który urodził się w 1882 r. w Reniowie. Kształcił się we Lwowie i tam już pozostał jako inżynier architekt. W późniejszych latach wybudował 3-piętrową kamienicę przy ul. Pełczyńskiej 39. W roku 1940 uniknął wywózki na Sybir dzięki swemu stróżowi, który stale mówił do Sowietów, że stryjek był dobry dla biednych ludzi, którzy pracowali w jego budowlanej firmie. W 1945 roku jako repatriant wyjechał ze Lwowa, zamieszkując tymczasowo w Jarosławiu. W początku lata 1966 roku zmarł, pochowany tymczasowo w grobowcu państwa Kropiwnickich na cmentarzu w Jarosławiu, gdzie osobiście wraz ze stryjem Michałem, bratem stryja i mego ojca, odwiedziłem stryja Wawrzyńca w grobowcu. Późną jesienią tegoż roku /.../ do Warszawy, gdzie został pochowany na cmentarzu dla zasłużonych.

Wracając myślą do tamtych czasów nie mogę pominąć jeszcze jednego wydarzenia, które mnie łączy z Trościańcem. Otóż 27 czerwca 1941 zmarł mój dziadek Jan Olender. Wiadomość dotarła przez przypadek i mój ojciec podjął męską decyzję, mówiąc: na pogrzeb pójdę ja z mamą, a on zostanie z moją młodszą siostrą. Gdyby coś się stało złego, to będzie chociaż komu zgotować i wyprać, bo przecież wojna, słychać kanonadę artylerii, oznacza to, że Sowieci się wycofują.

W tym samym dniu około godziny 16-tej wyszliśmy pieszo na skróty w kierunku Trościańca. Szliśmy dołem polnymi drogami w odległości od gościńca około 400 metrów. Na gościńcu widać było nie kończącą się kolumnę wojskowych samochodów, jadących od Zborowa w kierunku Załoziec. W ten czas powiedziałem do matki: widać to jak na dłoni, że Sowieci uciekają. Ale dla nas było kolejnym problemem, jak przejść przez gościniec, kiedy to odległość pomiędzy samochodami nie przekracza 20 metrów, a przecież Trościaniec leży po drugiej stronie gościńca.

Kiedy doszliśmy do samego gościńca, widziałem jak po drugiej stronie na łanie w koniczynie pasło się osiodłanych dwa konie, a dwóch wysokich rangą oficerów patrzyło przez lornetki w stronę zjeżdżających z górki samochodów. Nagle pojawił się też jeden czołg, któremu ręcznie dał znak zatrzymania się jeden z tych oficerów. W tym czasie przeszliśmy przez gościniec na drugą stronę, tuż obok stojących oficerów. /.../
Szliśmy przez cały Trościaniec, bo dziadek mieszkał jeszcze za młynem od strony zachodniej. Kiedy zrobiło się ciemno, niemiecka artyleria masowo strzelała od strony Olejowa w kierunku Trościańca. Setki pocisków przelatywało nad naszymi głowami, ale na szczęście spadały na pola i w hnidawskim lesie. Za dziadkową stodołą siekły nieustannie sowieckie ciężkie karabiny maszynowe. My w tym czasie, gasząc światła przy zmarłym, skryliśmy się w piwnicy dziadkowego brata. Kiedy zrobił się dzień, w zachodniej części Trościańca panował spokój. Niemiecka pancerna kolumna przerwała front jadąc do Załoziec, a później gościńcem do Tarnopola, ale rosyjski dowódca nie zrezygnował z walki. Zajął ponownie Nowe Załoźce. W tym czasie Niemcy zajęli Stare Załoźce, tworząc istne piekło nad rzeka Seret. A tymczasem stolarz kończył trumnę, a ja czekałem cierpliwie końca pogrzebu...

W następnym dniu około godziny 4-tej rano kondukt pogrzebowy ruszył w stronę cmentarza, który znajduje się od wschodniej strony Trościańca. Niemcy wydali rozkaz kierować sowieckich jeńców na teren folwarkowy. Dwa dni później około 360 sowieckich jeńców rozstrzelano u styku gościńca łączącego Trościaniec - Załoźce - Zborów, którzy tam pozostali na zawsze.

Po pogrzebie ja z matką kierowałem się w stronę Reniowa. Poranna cisza, jaka panowała wokół nas, dodawała odwagi. Kiedy zbliżyliśmy się do gościńca, tu i ówdzie leżały sowieckie trupy, niektóre z nich przejechane czołgami. Ja z matką znów kierowałem się na polne drogi. Tym razem gościniec łączący Zborów - Załoźce był po naszej lewej stronie. Nieopodal gościńca pod górką stało sześć samochodów wojskowych, a obok na łące rozbite dwa wozy i rozszarpane 4 konie. Kiedy znaleźliśmy się na otwartym polu, słychać było warkot zbliżających się dwóch motocykli. Na przyczepach mieli maszynowe karabiny, jechali w kierunku Załoziec. Kiedy zbliżyli się na około 300 metrów, padła seria w naszym kierunku, a obok mnie na polu podskakiwały okruchy ziemi. W tym czasie padłem na ziemię, a moja śmierć nie zatrzymując się wjechała za górkę i pozwoliła nam żyć dalej.

Kiedy wróciliśmy do domu, dziękowałem Bogu za ocalenie. W tym czasie sowieckie wojska opuściły Załoźce, a front przesunął się dalej na wschód.

Oto krótki opis tego, co mnie łączyło z Trościańcem.

Zmiana okupanta na terenie dawnej Polski nie sprzyjała Polakom. Wszelka władza nadal należała do Ukraińców, toteż goniono Polaków z końmi na różne darmowe forszpany, gdzie osobiście byłem wielokrotnie w Zborowie, Tarnopolu i wielu innych miejscowościach, wykonując polecenie władz ukraińskich.

Aż wreszcie zaczął się rok 1943-ci. Z początkiem lutego otrzymałem wezwanie zgłoszenia się na komisję niemiecką wojskową w Tarnopolu. Po tej komisji setki dziewiętnastolatków Polaków, w sumie 1200, przymusowo podjęli pracę na stacji kolejowej w Tarnopolu. Nieraz w głodzie i chłodzie, bo w 43-cim roku na wiosnę ostatni śnieg padał 11-go maja. A z wyżywieniem to było to tak: po pobudce o godz. 5-tej rano i po toalecie każda drużyna dostała w kuchni pół litra gorzkiej kawy, 300 gr. chleba i łyżkę sztucznego miodu lub margaryny. Po takim śniadaniu w kolumnach marszowych maszerowano 5 kilometrów na stację do pracy. Po powrocie z pracy około godz. 14-tej był obiad, składający się z zupy, w której gotowano końskie kopyta, zmarzłe kartofle i buraki ćwikły. Na drugie danie była mała chochelka kartofli, poza tym żadnej kolacji nie było.

Po pięciu miesiącach ojciec napisał prośbę do władz Baudienstu, celem udzielenia mi urlopu na żniwa, co potwierdził wójt z Reniowa. Na podstawie tej prośby otrzymałem 10 dni urlopu, z którego skorzystałem. I już więcej do koszar nie wróciłem, ponieważ zbliżający się front sowiecki do tego zachęcił. Za niezgłoszenie się do koszar w Tarnopolu otrzymałem pismo, że jeżeli się nie zgłoszę, to czeka mnie rozstrzelanie, Rodzina pojedzie do lagru, a majątek zostanie skonfiskowany. Toteż od tego czasu jeszcze przez 7 miesięcy ukrywałem się z dala od domu czekając na zmianę, aż wreszcie przy końcu marca 44-go roku pojawiła się sowiecka partyzantka, która mi w tamtym czasie stworzyła ulgę. I w ten czas pomyślałem, że to są moi wyzwoliciele, bo gdyby nie oni, to prędzej czy później byłbym rozstrzelany, tak jak zrobili ośmiu moim kolegom z Tarnopola, złapanym w Tustogłowach koło Zborowa i później rozstrzelanych pod stertami siana pod Tarnopolem.

A póki co, to wojska sowieckie po wkroczeniu ponownym podjęły ogólną mobilizację do lat 50, gdzie znalazłem się w Sumach nieopodal Charkowa, gdzie w tym czasie tworzono już 4-tej dywizję Lud. Wojska Polskiego. Stąd po całkowitym przemarszu na zachód 13 marca 1946 roku wróciłem na Śląsk do Rodziców.

Oto krótki opis moich niektórych przeżyć w moim życiu.

Dajczak Jan